TYLKO TYLE
środa, 26 sierpnia 2015
IM BARDZIEJ... TYM BARDZIEJ
"Im bardziej Puchatek zaglądał do wnętrza, tym bardziej Prosiaczka tam nie było". To zdanie z mojej ulubionej lektury świetnie koresponduje z aktualną sytuacją. Im bardziej staram się uporządkować mój domowy świat, tym bardziej dostrzegam, że jest coraz więcej do zrobienia, a osiągnięcie celu nie jawi się nawet jako dalekie światełko w tunelu.
CZAS...
Czas nie goi ran. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. Pozornie zabliźnione otwierają się znienacka, a pamięć minionych zdarzeń łapie za gardło i dławi. Bezbronna zapadam się w studnię smutku.
sobota, 18 lipca 2015
ROZMOWY OSTATNIE
Rozmowa o zmierzchu
***
nie zostawiaj mnie tu samej wiosną
zobacz ile dmuchawców na łące
nie wiem czy tam także takie rosną
a skoszone siano tak pachnące
i nie zostaw mnie latem gorącym
chociaż szybko tak płowieją trawy
tu na niebie wciąż świeci nam słońce
nieskończone jeszcze nasze sprawy
nie zostawiaj mnie samej jesienią
z babim latem ani w listopadzie
tu sumaki chcą płonąć czerwienią
choć na czołach dziwny cień się kładzie
i nie odchodź ode mnie zimą
nim śnieg biały ziemię wokół przykryje
dłonie twoje w swoich przytrzymam
ty obejmij mnie mocno za szyję
***
nie oczekuj ode mnie zbyt wiele
dziś lub jutro ruszę bez kompasu
ku tej bramie co nasz świat rozdziela
krok za krokiem pójdę skrajem lasu
kiedy pójdziesz za mną swoją drogą
będę czekał za tym światłem w tunelu
będę czekał za tym światłem w tunelu
tam prócz nas nie będzie nikogo
znowu razem będziemy - u celu
Napisałam ten wiersz dwa lub trzy lata temu. Nie pokazywałam go Tadeuszowi.
znowu razem będziemy - u celu
Napisałam ten wiersz dwa lub trzy lata temu. Nie pokazywałam go Tadeuszowi.
wtorek, 30 czerwca 2015
CO DALEJ?
Na chwilę wynurzyłam się z czeluści, ale znowu tonę. W beznadziei. Osaczają mnie wszystkie moje lęki i traumy. Jaki dziś dzień? Czy ja czegoś nie zapomniałam? Nie przeoczyłam? Wizyta w przychodni? Miałam się z kimś spotkać? Nie pamiętam. Zapłaciłam wszystkie rachunki? Nie wiem. Strach serce ściska. Nie ma Tadeusza, żeby mógł mi przypomnieć. On tak dobrze pilnował terminów i spraw. Do czasu. Musiałam w pewnym momencie wszystko od niego przejąć.
Nie ma Tadeusza, a ja tkwię teraz w tym swoim bajzlu. Kiedy zdołam się ogarnąć i wszystko uporządkować? To nie tak, że nic w ogóle nie robię i nie zrobiłam. Staram się choć cokolwiek. Muszka co prawda szatkuje mój czas na wąskie pasma i między jednym spacerem a drugim nie zdążam wiele zdziałać. Czasem zwyczajnie zapadam w drzemkę.
Co mi się udało? Przejrzałam Tadeuszową garderobę. Trochę wyniosłam do stojących gdzieniegdzie pojemników i zasiliłam co najmniej dwie fundacje, zbierające używaną odzież. Synowie Tadeusza nie byliby zainteresowani. To nie spadek liczący się w złotówkach. Stare ciuchy. Nic atrakcyjnego ani wartościowego. Tadeusz miał abnegacki stosunek do ubrania.
Zostały tylko lornetki. Zbierał je, był tym przyrządem zafascynowany. Może jako fizyk, a może ze względu na swoje kłopoty ze wzrokiem. Przekazałam je w ręce Olka.
Teraz książki. Boże, ile tego jest. Wiedziałam, że Tadeusz miał rozległe zainteresowania, że lubił kupować książki, robił to nagminnie. Ale ogrom tego wszystkiego mnie przerasta. Fizyka, matematyka, filozofia, psychologia, mistyka i szereg zwykłych poradników "na każdy ból". Nie zbierał beletrystyki, interesowała go nauka. W ostatnich latach przejmował się informatyką, więc stosy książek o tematyce komputerowej oraz płyty CD i DVD.
Miał potrzebę nieustannego uczenia się. Tradycyjnie. Najpierw teoria - więc książka, czytanie, podkreślanie, robienie notatek na kartkach i karteluszkach, potem ćwiczenie, poznawanie nowych programów i aplikacji, używanie ich. Niestety z upływem czasu stawało się to już tylko jałowym biegiem. Jednak nie rezygnował.
Wcześniej była nauka języków, głównie angielskiego, ale ilość podręczników i wszelkiego autoramentu samouczków znacznie przerosła osiągane efekty. Sam się już w tym gubił. A teraz ja...
Zaproponuję Krzysztofowi, może on coś z tych zbiorów książkowych dla siebie wybierze, on, profesor filozofii, choćby "na pamiątkę". Na przykład trzy tomy "Historii filozofii" Tatarkiewicza. Z ojca podpisem. Zobaczymy.
Nie ma Tadeusza, a ja tkwię teraz w tym swoim bajzlu. Kiedy zdołam się ogarnąć i wszystko uporządkować? To nie tak, że nic w ogóle nie robię i nie zrobiłam. Staram się choć cokolwiek. Muszka co prawda szatkuje mój czas na wąskie pasma i między jednym spacerem a drugim nie zdążam wiele zdziałać. Czasem zwyczajnie zapadam w drzemkę.
Co mi się udało? Przejrzałam Tadeuszową garderobę. Trochę wyniosłam do stojących gdzieniegdzie pojemników i zasiliłam co najmniej dwie fundacje, zbierające używaną odzież. Synowie Tadeusza nie byliby zainteresowani. To nie spadek liczący się w złotówkach. Stare ciuchy. Nic atrakcyjnego ani wartościowego. Tadeusz miał abnegacki stosunek do ubrania.
Zostały tylko lornetki. Zbierał je, był tym przyrządem zafascynowany. Może jako fizyk, a może ze względu na swoje kłopoty ze wzrokiem. Przekazałam je w ręce Olka.
Teraz książki. Boże, ile tego jest. Wiedziałam, że Tadeusz miał rozległe zainteresowania, że lubił kupować książki, robił to nagminnie. Ale ogrom tego wszystkiego mnie przerasta. Fizyka, matematyka, filozofia, psychologia, mistyka i szereg zwykłych poradników "na każdy ból". Nie zbierał beletrystyki, interesowała go nauka. W ostatnich latach przejmował się informatyką, więc stosy książek o tematyce komputerowej oraz płyty CD i DVD.
Miał potrzebę nieustannego uczenia się. Tradycyjnie. Najpierw teoria - więc książka, czytanie, podkreślanie, robienie notatek na kartkach i karteluszkach, potem ćwiczenie, poznawanie nowych programów i aplikacji, używanie ich. Niestety z upływem czasu stawało się to już tylko jałowym biegiem. Jednak nie rezygnował.
Wcześniej była nauka języków, głównie angielskiego, ale ilość podręczników i wszelkiego autoramentu samouczków znacznie przerosła osiągane efekty. Sam się już w tym gubił. A teraz ja...
Zaproponuję Krzysztofowi, może on coś z tych zbiorów książkowych dla siebie wybierze, on, profesor filozofii, choćby "na pamiątkę". Na przykład trzy tomy "Historii filozofii" Tatarkiewicza. Z ojca podpisem. Zobaczymy.
czwartek, 25 czerwca 2015
NOWY POCZĄTEK?
Dawno mnie tu nie było. Kiedy zaglądałam tu ostatnio, nie pisząc nic,
szamotał się w mojej głowie strzęp zamierzonego tekstu: "To, co zbliża
się nieuchronnie, przeraża mnie tak bardzo, że kamienieję". Nie
napisałam tego, przerwałam blogowanie. Nawet adres swego blogu zaczęłam
zapominać.
To, co wtedy przerażało, już się zdarzyło. Tadeusz odszedł do "lepszego świata". Bardzo tego chciał. Ostatni rok był dla niego trudny. Nie mógł się pogodzić ze swoją coraz większą niesprawnością i cierpieniem. Zasłaniałam uszy, gdy mówił o potrzebie eutanazji. Opiekowałam się Nim, jak umiałam. Nie dało się odwrócić biegu spraw. Nie ma go już ponad dwa miesiące. Żyję w okopach smutku, zagubiona w codziennej domowej rzeczywistości.
Jest Muszka, piesek który wyprowadza mnie na spacery. I tak trwamy obydwie.
To, co wtedy przerażało, już się zdarzyło. Tadeusz odszedł do "lepszego świata". Bardzo tego chciał. Ostatni rok był dla niego trudny. Nie mógł się pogodzić ze swoją coraz większą niesprawnością i cierpieniem. Zasłaniałam uszy, gdy mówił o potrzebie eutanazji. Opiekowałam się Nim, jak umiałam. Nie dało się odwrócić biegu spraw. Nie ma go już ponad dwa miesiące. Żyję w okopach smutku, zagubiona w codziennej domowej rzeczywistości.
Jest Muszka, piesek który wyprowadza mnie na spacery. I tak trwamy obydwie.
wtorek, 31 lipca 2012
Z DNIA NA DZIEŃ
14 grudnia 2012
Sic transit gloria mundi... I ja przemijam. Bardzo dawno nic tu nie napisałam. Dni biegły, mijały niepostrzeżenie. A było tyle spraw wartych zapisania. Nie zmobilizowałam się.
Urodziny Tadeusza 28 sierpnia. Potem moje 15 września. Nigdy nie celebrowaliśmy specjalnie tych osobistych rocznic, tym bardziej teraz tego nie robimy. Nie znajduję w sobie energii, żeby urządzać przyjęcia, zapraszać gości. Tadeusz jest raczej samotnikiem, więc tym bardziej mnie nie mobilizuje.
Przede wszystkim jednak chodzi o to, że Tadeusz nie czuje się dobrze. Skończył osiemdziesiąt dziewięć lat. Pogłębiają się jego dolegliwości. Ostatnie trzy lata to nieustanne wizyty u lekarzy, pobyty w szpitalach. Niewydolność serca, więc rozrusznik. Wyprawy do Warszawy, do Szpitala Wolskiego i z powrotem. Wszczepienie, potem kontrole. Niewydolność płuc. Znów w szpitalu. Na szczęście, w Otwocku. Dusi się, ciężko mu oddychać. Bolą nogi, prawdopodobnie miażdżyca, z trudem chodzi. Poleguje na łóżku albo przejdzie trochę po domu, z pokoju do pokoju.
Nie traci jednak swoich zainteresowań. Czyta gazety. Obowiązkowo trzeba przynieść je z kiosku. I wciąż jeszcze siada do komputera. Studiuje czasopisma komputerowe i coś tam majstruje w oprogramowaniu. To już raczej jałowy bieg, ale ma zajęcie. Niekiedy zdarza się, że odważy się wyjść do kiosku po gazety albo opłacić rachunki na poczcie, którą mamy blisko, po drugiej stronie ulicy. Ale coraz częściej wszystkie te obowiązki, które kiedyś należały do niego, spadają na mnie.
Miałam nadzieję, że jego synowie może zadzwonią chociaż w dniu jego urodzin, czy później imienin. Nie zrobili tego. Tadeusz ma dwóch synów, obydwaj dawno przekroczyli pięćdziesiątkę. Każdy trochę inny. Młodszy z żoną i córką mieszka w Otwocku. Marta, wnuczka Tadeusza, jest piękną i sympatyczną dziewczyną. Drugi w Olsztynie. To Krzysztof. Ma żonę i dwoje dzieci. Dorosłą Kasię i studiującego malarstwo syna, Karola. Sam pracuje na uczelni, skończył filozofię. Myślałam, że z nim, jak z humanistą, znajdę wspólny język. Tymczasem nie. Od początku była w nim ukryta wobec mnie wrogość. Jest mi przykro, bo kiedy prawie trzydzieści lat temu związaliśmy się z Tadeuszem, obydwaj byli dorośli, a małżeństwo z ich matką dawno nie istniało.
Krzysztof w ogóle jest trochę dziwny. Czasem dzwoni do Tadeusza. Odbieram telefon i słyszę - Przepraszam, czy jest może pan Tadeusz w domu? O ojcu mówić pan Tadeusz? On chyba nie nie zdaje sobie sprawy, jak naprawdę jest z jego ojcem, że z uwagi na stan zdrowia i samopoczucie zawsze jest w domu. A sformułowanie pytania? Pan Tadeusz? Kuriozum.
Z Olkiem, drugim synem,wydawało mi się, że jakoś się rozumiemy i w miarę przyjaźnimy. Jednak to też chyba było złudzenie. Czasem się mobilizuję i zapraszam na obiad, przychodzi z żoną Jolą i córką, ale to taka konwencjonalna wizyta. Może to moja wina? Nie wiem. W każdym razie nie umiem przełamać w sobie narastającego we mnie rozczarowania. Lubiłam ich dawniej, starałam się nawet trochę pomagać. Teraz wydaje mi się, że wolą nie słuchać o chorobach, o naszych kłopotach, wolą nie wiedzieć, jak to z nami jest.
10 sierpnia 2012
Są takie dni... Każdy dzień jest jakiś. Dziś też tak było.
Obudziłam się wcześniej, bardziej niż zwykle przytomna, z postanowieniem, że nie zmarnuję czasu. Zaczęło się nieźle. Szybko przygotowałam śniadanie Tadeuszowi
i powiedziałam, że jadę do przychodni. Pomyślałam – może mi się uda. Moja lekarka neurolog powinna przyjmować do dwunastej. Przeważnie kolejka nie jest długa
i zwykle zgadza się przyjąć, nawet gdy nie jest się zapisanym. Tak było. Przed gabinetem nikogo. Uchyliłam drzwi, w środku pacjentka. Ale zapytałam – czy pani doktor mnie przyjmie? Kiwnęła głową. Pogalopowałam do rejestracji po swoją kartę
i wróciłam pod drzwi. Jakiś facet mnie ubiegł. Byłam druga. Na szczęście wyszedł po chwili. Ja też nie zamierzałam być długo. Co tam, moja wizyta przebiegła niemal błyskawicznie.
- Dzień dobry, pani doktor, proszę o receptę, lek mi się skończył.
Spojrzała w kartę i bez słowa sięgnęła po receptariusz. Zaczęła pisać. Milczałyśmy obydwie. Po chwili podała wypisane recepty (na dwa miesiące), nadal bez słowa. Ja też w milczeniu upchnęłam je w torebce. Operacja trwała mgnienie oka. Wstałam.
- Dziękuję bardzo. Do widzenia.
- Do widzenia.
I tyle. Wracając myślałam, dlaczego ona nigdy mnie o nic nie zapyta. Czasem miałabym potrzebę pogadania, podzielenia się swoimi wątpliwościami i spostrzeżeniami. Kiedyś spróbowałam, z kiepskim rezultatem. Trudno stwierdzić… Tego nie wiadomo… Itd., itp. Zastanawiałam się, jakim ja byłabym lekarzem. Mogłam przecież skończyć medycynę. Chyba jednak chciałabym wiedzieć o swoich pacjentach jak najwięcej, rozumieć ich, dociekać, dlaczego jest tak, jak mówi i czy na pewno tak jest… Ba, nie jestem lekarzem. Wiele lat temu dokonałam innego wyboru. Chciałam być nauczycielką. I byłam.
Napędzana jeszcze poranną energią postanowiłam do domu wrócić pieszo. Ostatnio taki „osiadły” tryb życia prowadzę. I tylko wszędzie autobusem. Spacer nie był aż taki daleki mimo wyboru okrężnej drogi. W jej trakcie dwukrotnie przekraczałam granicę miasta. Otwock – Karczew – Otwock. Mieszkam na obrzeżach Otwocka, tymczasem większa część osiedla znajduje się już na terenie Karczewa. Mój przystanek, z którego autobus wywozi mnie do miasta i dalej do Warszawy, jest w Karczewie. Zaraz obok niego są sklepy, w których robię zakupy, i nasz kiosk, gdzie mamy swoją teczkę na z góry opłacane gazety. Tamtędy też wracałam, choć mogłam krótszą drogą ścieżkami przez las, z otwockiej strony. Ale to może innym razem. Teraz odebrałam gazety i z reklamówką pełną zakupów wróciłam do domu. Do Otwocka.
4 sierpnia 2012
Wczoraj, znów z powodu upału, ciężki dzień. Ale pod wieczór trochę się ocknęłam. Zrealizowałam pewien zamysł. Bez wielkich oczekiwań co prawda, ale wysłałam do Bohdana Wrocławskiego na Pisarze.pl kilka swoich wierszy. Wcześniej na fejsbukowym privie zapytałam go, czy mogę. Odpowiedź była pozytywna, z grzecznym zastrzeżeniem, że nie mogę być pewna publikacji. To jasne. Jednak wysłałam. Niektóre były już publikowane w tomiku "Ślady" lub piśmie ZNAJ, inne jeszcze nie.
O dziwo, odpowiedź była niemal błyskawiczna. Zajrzałam dziś do skrzynki mailowej i proszę, jest. Nawet zaskakująca. Więc ją zacytuję.
"Pani Mario, mam ja się z Wami, ale z kolei, co ja bym bez Was czynił?
Zmobilizowałam się i dosłałam.
W pierwszym zestawie były: Autolustracja, Pszczoła nad kwiatem nasturcji, Wierzę starym poetom, Strona światła, Już jej nie spotykam, Stary człowiek i pożółkłe książki, Nieprzystawalnie przystawalni, Ta para skrzydeł. A w drugim - Nic dwa razy, Ich dwoje, Erotyk spóźniony, Patrząc z mostu na rzekę Świder, Kiedy zapomnę.
1 sierpnia 2012
W cieniu drzew myśli nabierają barw... Ba! Na trasie mojej codziennej wędrówki, niezbyt długiej skądinąd, tylko jedna z dwóch ławek znajduje się w ich cieniu. Rzadko udaje mi się na niej przysiąść, bo jest okupowana przez matki lub ojców z dziećmi na spacerze, przez babcie z wnukami albo starsze panie, co muszą sobie po prostu pogadać. Przechodzę więc dalej, mijam ożywczą smugę cienia i znów ogarnia mnie skwar, spalający każdą myśl, gdy ta nie zdąży się jeszcze rozwinąć.
Dziś kolejna rocznica Powstania Warszawskiego, ceremonie i celebra powiększają swój zasięg. Wiem, gdybym wtedy była młoda, dałabym się uwieść pięknym hasłom
i biegłabym z opaską na ramieniu na punkt zbiórki. Ale miałam zaledwie dwa lata
i żyłam niczego nieświadoma na głuchej prowincji, biednej i stłamszonej przez okupanta, jak cały kraj. Świadomość przyszła później. Potem przez wiele lat składałam w duszy hołd walczącym, poległymi tym, co przeżyli. Dziś jestem coraz bardziej cyniczna. Oceniam historię z innego miejsca, ze szczebli swojej wiedzy
i życiowego doświadczenia. I dziwi mnie coraz bardziej, że nie potrafimy podobnie - jak tragiczne klęski - wielbić tego, co nam się udało, co zrobiliśmy dobrze. My, Polacy. Potrzeba nam mądrości. Nie megalomanii.
Od dziś - pod tym jednym, zawsze aktualnym tytułem - będę zostawiać krótkie dzienne zapiski. Niech sobie narastają z dnia na dzień.
Wysłałam list do Moniki, do Anglii. Ciekawe, czy mi odpisze. Ale, nawet jeśli, to potrwa. Uzbrajam się w cierpliwość. Choć bardzo jestem ciekawa, jak jej się tam teraz wiedzie. Na początku (trzy lata temu) było różnie, już nawet miała wracać. Ale do czego? Tu ją też nie czekało nic fajnego. Przetrwała i może się jakoś urządziła, bo nadal tam mieszka i pracuje, o powrocie nie wspomina. A na urlop wybrała się do Barcelony. Ze swoim chłopakiem. Jest dobrze? Oby…
Sic transit gloria mundi... I ja przemijam. Bardzo dawno nic tu nie napisałam. Dni biegły, mijały niepostrzeżenie. A było tyle spraw wartych zapisania. Nie zmobilizowałam się.
Urodziny Tadeusza 28 sierpnia. Potem moje 15 września. Nigdy nie celebrowaliśmy specjalnie tych osobistych rocznic, tym bardziej teraz tego nie robimy. Nie znajduję w sobie energii, żeby urządzać przyjęcia, zapraszać gości. Tadeusz jest raczej samotnikiem, więc tym bardziej mnie nie mobilizuje.
Przede wszystkim jednak chodzi o to, że Tadeusz nie czuje się dobrze. Skończył osiemdziesiąt dziewięć lat. Pogłębiają się jego dolegliwości. Ostatnie trzy lata to nieustanne wizyty u lekarzy, pobyty w szpitalach. Niewydolność serca, więc rozrusznik. Wyprawy do Warszawy, do Szpitala Wolskiego i z powrotem. Wszczepienie, potem kontrole. Niewydolność płuc. Znów w szpitalu. Na szczęście, w Otwocku. Dusi się, ciężko mu oddychać. Bolą nogi, prawdopodobnie miażdżyca, z trudem chodzi. Poleguje na łóżku albo przejdzie trochę po domu, z pokoju do pokoju.
Nie traci jednak swoich zainteresowań. Czyta gazety. Obowiązkowo trzeba przynieść je z kiosku. I wciąż jeszcze siada do komputera. Studiuje czasopisma komputerowe i coś tam majstruje w oprogramowaniu. To już raczej jałowy bieg, ale ma zajęcie. Niekiedy zdarza się, że odważy się wyjść do kiosku po gazety albo opłacić rachunki na poczcie, którą mamy blisko, po drugiej stronie ulicy. Ale coraz częściej wszystkie te obowiązki, które kiedyś należały do niego, spadają na mnie.
Miałam nadzieję, że jego synowie może zadzwonią chociaż w dniu jego urodzin, czy później imienin. Nie zrobili tego. Tadeusz ma dwóch synów, obydwaj dawno przekroczyli pięćdziesiątkę. Każdy trochę inny. Młodszy z żoną i córką mieszka w Otwocku. Marta, wnuczka Tadeusza, jest piękną i sympatyczną dziewczyną. Drugi w Olsztynie. To Krzysztof. Ma żonę i dwoje dzieci. Dorosłą Kasię i studiującego malarstwo syna, Karola. Sam pracuje na uczelni, skończył filozofię. Myślałam, że z nim, jak z humanistą, znajdę wspólny język. Tymczasem nie. Od początku była w nim ukryta wobec mnie wrogość. Jest mi przykro, bo kiedy prawie trzydzieści lat temu związaliśmy się z Tadeuszem, obydwaj byli dorośli, a małżeństwo z ich matką dawno nie istniało.
Krzysztof w ogóle jest trochę dziwny. Czasem dzwoni do Tadeusza. Odbieram telefon i słyszę - Przepraszam, czy jest może pan Tadeusz w domu? O ojcu mówić pan Tadeusz? On chyba nie nie zdaje sobie sprawy, jak naprawdę jest z jego ojcem, że z uwagi na stan zdrowia i samopoczucie zawsze jest w domu. A sformułowanie pytania? Pan Tadeusz? Kuriozum.
Z Olkiem, drugim synem,wydawało mi się, że jakoś się rozumiemy i w miarę przyjaźnimy. Jednak to też chyba było złudzenie. Czasem się mobilizuję i zapraszam na obiad, przychodzi z żoną Jolą i córką, ale to taka konwencjonalna wizyta. Może to moja wina? Nie wiem. W każdym razie nie umiem przełamać w sobie narastającego we mnie rozczarowania. Lubiłam ich dawniej, starałam się nawet trochę pomagać. Teraz wydaje mi się, że wolą nie słuchać o chorobach, o naszych kłopotach, wolą nie wiedzieć, jak to z nami jest.
10 sierpnia 2012
Są takie dni... Każdy dzień jest jakiś. Dziś też tak było.
Obudziłam się wcześniej, bardziej niż zwykle przytomna, z postanowieniem, że nie zmarnuję czasu. Zaczęło się nieźle. Szybko przygotowałam śniadanie Tadeuszowi
i powiedziałam, że jadę do przychodni. Pomyślałam – może mi się uda. Moja lekarka neurolog powinna przyjmować do dwunastej. Przeważnie kolejka nie jest długa
i zwykle zgadza się przyjąć, nawet gdy nie jest się zapisanym. Tak było. Przed gabinetem nikogo. Uchyliłam drzwi, w środku pacjentka. Ale zapytałam – czy pani doktor mnie przyjmie? Kiwnęła głową. Pogalopowałam do rejestracji po swoją kartę
i wróciłam pod drzwi. Jakiś facet mnie ubiegł. Byłam druga. Na szczęście wyszedł po chwili. Ja też nie zamierzałam być długo. Co tam, moja wizyta przebiegła niemal błyskawicznie.
- Dzień dobry, pani doktor, proszę o receptę, lek mi się skończył.
Spojrzała w kartę i bez słowa sięgnęła po receptariusz. Zaczęła pisać. Milczałyśmy obydwie. Po chwili podała wypisane recepty (na dwa miesiące), nadal bez słowa. Ja też w milczeniu upchnęłam je w torebce. Operacja trwała mgnienie oka. Wstałam.
- Dziękuję bardzo. Do widzenia.
- Do widzenia.
I tyle. Wracając myślałam, dlaczego ona nigdy mnie o nic nie zapyta. Czasem miałabym potrzebę pogadania, podzielenia się swoimi wątpliwościami i spostrzeżeniami. Kiedyś spróbowałam, z kiepskim rezultatem. Trudno stwierdzić… Tego nie wiadomo… Itd., itp. Zastanawiałam się, jakim ja byłabym lekarzem. Mogłam przecież skończyć medycynę. Chyba jednak chciałabym wiedzieć o swoich pacjentach jak najwięcej, rozumieć ich, dociekać, dlaczego jest tak, jak mówi i czy na pewno tak jest… Ba, nie jestem lekarzem. Wiele lat temu dokonałam innego wyboru. Chciałam być nauczycielką. I byłam.
Napędzana jeszcze poranną energią postanowiłam do domu wrócić pieszo. Ostatnio taki „osiadły” tryb życia prowadzę. I tylko wszędzie autobusem. Spacer nie był aż taki daleki mimo wyboru okrężnej drogi. W jej trakcie dwukrotnie przekraczałam granicę miasta. Otwock – Karczew – Otwock. Mieszkam na obrzeżach Otwocka, tymczasem większa część osiedla znajduje się już na terenie Karczewa. Mój przystanek, z którego autobus wywozi mnie do miasta i dalej do Warszawy, jest w Karczewie. Zaraz obok niego są sklepy, w których robię zakupy, i nasz kiosk, gdzie mamy swoją teczkę na z góry opłacane gazety. Tamtędy też wracałam, choć mogłam krótszą drogą ścieżkami przez las, z otwockiej strony. Ale to może innym razem. Teraz odebrałam gazety i z reklamówką pełną zakupów wróciłam do domu. Do Otwocka.
4 sierpnia 2012
Wczoraj, znów z powodu upału, ciężki dzień. Ale pod wieczór trochę się ocknęłam. Zrealizowałam pewien zamysł. Bez wielkich oczekiwań co prawda, ale wysłałam do Bohdana Wrocławskiego na Pisarze.pl kilka swoich wierszy. Wcześniej na fejsbukowym privie zapytałam go, czy mogę. Odpowiedź była pozytywna, z grzecznym zastrzeżeniem, że nie mogę być pewna publikacji. To jasne. Jednak wysłałam. Niektóre były już publikowane w tomiku "Ślady" lub piśmie ZNAJ, inne jeszcze nie.
O dziwo, odpowiedź była niemal błyskawiczna. Zajrzałam dziś do skrzynki mailowej i proszę, jest. Nawet zaskakująca. Więc ją zacytuję.
"Pani Mario, mam ja się z Wami, ale z kolei, co ja bym bez Was czynił?
Proszę dosłać jeszcze kilka wierszy, trzy, cztery i swój numer telefonu?
Zapewne Pani zapyta, dlaczego dosłać?
Bo potrzebuję ich więcej do publikacji, to dobre wiersze i cieszę się, że Panią poznałem i zgodziłem się na ich otrzymanie. Pozdrawiam - bohdan"Zmobilizowałam się i dosłałam.
W pierwszym zestawie były: Autolustracja, Pszczoła nad kwiatem nasturcji, Wierzę starym poetom, Strona światła, Już jej nie spotykam, Stary człowiek i pożółkłe książki, Nieprzystawalnie przystawalni, Ta para skrzydeł. A w drugim - Nic dwa razy, Ich dwoje, Erotyk spóźniony, Patrząc z mostu na rzekę Świder, Kiedy zapomnę.
1 sierpnia 2012
W cieniu drzew myśli nabierają barw... Ba! Na trasie mojej codziennej wędrówki, niezbyt długiej skądinąd, tylko jedna z dwóch ławek znajduje się w ich cieniu. Rzadko udaje mi się na niej przysiąść, bo jest okupowana przez matki lub ojców z dziećmi na spacerze, przez babcie z wnukami albo starsze panie, co muszą sobie po prostu pogadać. Przechodzę więc dalej, mijam ożywczą smugę cienia i znów ogarnia mnie skwar, spalający każdą myśl, gdy ta nie zdąży się jeszcze rozwinąć.
Dziś kolejna rocznica Powstania Warszawskiego, ceremonie i celebra powiększają swój zasięg. Wiem, gdybym wtedy była młoda, dałabym się uwieść pięknym hasłom
i biegłabym z opaską na ramieniu na punkt zbiórki. Ale miałam zaledwie dwa lata
i żyłam niczego nieświadoma na głuchej prowincji, biednej i stłamszonej przez okupanta, jak cały kraj. Świadomość przyszła później. Potem przez wiele lat składałam w duszy hołd walczącym, poległymi tym, co przeżyli. Dziś jestem coraz bardziej cyniczna. Oceniam historię z innego miejsca, ze szczebli swojej wiedzy
i życiowego doświadczenia. I dziwi mnie coraz bardziej, że nie potrafimy podobnie - jak tragiczne klęski - wielbić tego, co nam się udało, co zrobiliśmy dobrze. My, Polacy. Potrzeba nam mądrości. Nie megalomanii.
31 lipca 2012
Od dziś - pod tym jednym, zawsze aktualnym tytułem - będę zostawiać krótkie dzienne zapiski. Niech sobie narastają z dnia na dzień.
Wysłałam list do Moniki, do Anglii. Ciekawe, czy mi odpisze. Ale, nawet jeśli, to potrwa. Uzbrajam się w cierpliwość. Choć bardzo jestem ciekawa, jak jej się tam teraz wiedzie. Na początku (trzy lata temu) było różnie, już nawet miała wracać. Ale do czego? Tu ją też nie czekało nic fajnego. Przetrwała i może się jakoś urządziła, bo nadal tam mieszka i pracuje, o powrocie nie wspomina. A na urlop wybrała się do Barcelony. Ze swoim chłopakiem. Jest dobrze? Oby…
JAKOŚ GŁUPIO...
Głupio jakoś prowadzę ten swój blog.
Coś zrobię, napiszę, a potem widzę, że to nie to, nie tak, wszystko na nie. Taka już jestem. Nie jestem z siebie zadowolona, więc próbuję coś zmieniać, poprawiać. Na lepsze? Na gorsze? Czort wie… Na szczęście, są tu nieograniczone możliwości edytowania tekstów.
Zastanawiam się, co robić dalej.
Coś zrobię, napiszę, a potem widzę, że to nie to, nie tak, wszystko na nie. Taka już jestem. Nie jestem z siebie zadowolona, więc próbuję coś zmieniać, poprawiać. Na lepsze? Na gorsze? Czort wie… Na szczęście, są tu nieograniczone możliwości edytowania tekstów.
Zastanawiam się, co robić dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)