TYLKO TYLE

poniedziałek, 21 maja 2012

MUSZĘ...


„Muszę się wyciszyć” – tak powtarza często jedna z moich znajomych. Trochę mnie to bawi. Bo… niewiele znaczy. Wczoraj jednak zamierzałam się tym powiedzeniem posłużyć w stosunku do samej siebie. Nie, to nie znaczy że pokrzykiwałam na kogokolwiek. Może tak nawet byłoby lepiej, gdybym swoje emocje umiała wykrzyczeć. Tymczasem byłam tylko rozdygotana wewnętrznie. Drążące mnie podskórne napięcia nie pozwoliły spać. Po ciężkiej, bezsennej nocy w niedzielę wstałam późno, w dodatku całkiem „połamana”. Z trudem ruszyłam z miejsca. Tych parę kroków z mojego pokoju do łazienki, do kuchni czy pokoju Tadeusza sprawiało kłopot. Mój kręgosłup się buntuje, jest przy okazji bardzo chimeryczny, jednego dnia z trudem wlokę nogę za nogą, innego jest całkiem całkiem. Jednak powinnam się sobą zająć. Mam już skierowanie na prześwietlenie i do przychodni rehabilitacyjnej. Ale kiedy to załatwię, nie wiem. Trochę potrwa.
Dlaczego jednak tak zapragnęłam „się wyciszyć”? To sprawa Wiosennego Święta Poezji, imprezy którą sama wywołałam, zaplanowałam i prowadziłam, przy niewielkim wsparciu kilku osób. Ilu dokładnie? Trzech… czterech… Program i jego oprawa na mojej głowie. Obmyślić scenariusz, zaprosić ludzi, kogoś do czegoś namówić, przekonać… Główną częścią uroczystości był IX Otwocki Turniej Jednego Wiersza. Dziewiąty… Chciałabym dotrwać jeszcze do dziesiątego. Ba!
A co się teraz udało, a co nie, może jeszcze opowiem…

czwartek, 17 maja 2012

PISZ OPOWIADANIA?


Wczoraj moja znajoma obdarzyła mnie komplementem. Napisała na czacie: „Nie baw się, tylko pisz opowiadania. Ty sobie nie zdajesz sprawy, że opowiadania piszesz lepsze niż wiersze, na większym luzie”.
Wolałabym, żeby doceniała też moje wiersze. Napisałam ich więcej, opowiadań tylko kilka. Ale Wanda swoje oceny wypowiada dość arbitralnie i kategorycznie, czasem z wyczuwalnym poczuciem wyższości. Przy jednym z moich wierszy napisała coś takiego, co mnie zdołowało. Pewnie miała rację, a ja powinnam może docenić szczerość.
To było tak. Nie byłam w najlepszym nastroju, napisałam coś takiego i zamieściłam w Liternecie.

Nie ten target

na ekranie telewizora twarze znanych aktorów z czołówek
wdzięczą się do mnie i przekonują
że koniecznie powinnam
wziąć kupić nabyć
dać się namówić
piękny antonio nie wie że już dawno
ma u mnie przechlapane
lista się powiększa
zewsząd kuszą i mącą w głowie
celebryci  banki markety podejrzane fundacje
rossman uprzejmie prosi
kup misia kup misia kup misia
prawda
co roku przyklejam sobie
nowe czerwone serduszko
ale czy od tego moje własne serce lepiej bije nie wiem
lekarz nie kwapi się z potwierdzeniem
tylko uśmiech młodego farmaceuty sprawia
że chyba je mam
nie czekam już na nic
wielka wygrana ani miłość do mnie nie trafi
za węgłem czai się ta z którą spotkać się nie chcę
jeszcze nie
wyłączam telewizor
mam książki
ciągle jeszcze kupuję nowe
nikt nie musi mnie namawiać
czytam
póki widzę jasność dnia

20.01.2012

I komentarz Wandy:
I kwita. Wiersz nie powinien być jedynie opisem sytuacji. Musi być w nim ukryte coś, co nie jest tak oczywiste.

Po tym komentarzu zdecydowałam się usunąć z Liternetu wszystkie swoje teksty, poza jednym. Nie jestem odporna na krytykę? Inaczej. Ciągle brak mi trwałego poczucia własnej wartości, jest chwiejne, łatwo leci w dół.

Faktem jest, że Wanda ma instynktowne wyczucie sensu, obce są jej sentymentalne emocje i zwykła empatia. Mnie z kolei jej intelektualny chłód trochę paraliżuje.
Pisz opowiadania? Hmm… Pisać trzeba po coś albo z jakiegoś powodu. Nie mam teraz takiej motywacji. A wiersz? Chyba go pozostawię tak, jak jest, może tylko zmienię tytuł...

niedziela, 13 maja 2012

TEST PYTAŃ ZAMKNIĘTYCH

Gnuśna niedziela. Chociaż nie... Parę rzeczy jednak zrobiłam. Przygotowałam część materiałów pomocniczych do naszej imprezy - turnieju jednego wiersza. Formularze list i protokółu, wzory dyplomów, takie tam papiery... Jeszcze tylko to wydrukować. Siedząc przy komputerze zajrzałam jeszcze na swój profil na Fabrica Librorum. To był kiedyś mój ulubiony portal. A teraz tylko fejsbuk i fejsbuk. Na Fabrice przejrzałam swoje konto, różne były te moje teksty, które tam zamieszczałam. Słabsze oznaczano kiedyś iksami. Miałam więc też i takie. Tych lepszych z czerwoną gwiazdką niewiele. Przypomniałam sobie niektóre z zaiksowanych. To jeden z nich. Trochę go jednak dziś poprawiłam. Zachowałam tylko ideę.


Test pytań zamkniętych

z testami zawsze radziła sobie nieźle
gorzej z życiem
szukała odpowiedzi znajdowała same pytania
może teraz coś wygra?
tylko jedno kliknięcie

jesteś
stara ckliwa banalna
wybierz właściwą odpowiedź

co wybrać kiedy wszystkie
prawdziwe

zła odpowiedź
nie mieścisz się w konwencji
wróć do poprzedniego pytania
masz jeszcze jedną szansę

myślisz czujesz żyjesz
niepotrzebne skreślić

skreślić? jak to? przecież jeszcze
żyję myślę czuję

niestety czas się skończył
zostałaś wylogowana

środa, 2 maja 2012

KASZTANOWCE

Jest w Otwocku ulica, przy której mieści się ładny architektonicznie obiekt - gmach Urzędu Miasta, z marmurowymi schodami, wieżyczką i zegarem. Zegar patrzy przed siebie na... tory.  Tak, ta ulica nie ma swojej drugiej strony. Ale między torami a jezdnią rosną, dokładniej - rosły, piękne kasztanowce. Był taki czas, że często w ich pobliżu przekraczałam tory, zmierzając do mojego ucznia. Zauważyłam, że z kasztanowcami coś się dzieje, żółkły przedwcześnie. Ten sam problem dotykał te drzewa w innych rejonach miasta. A ja tak lubię kasztanowce i spadające z nich kasztany. Zrobiło mi się smutno. I powstał wiersz.


Kasztanowce

umierają kasztanowce
drzewa mojego dzieciństwa

zielone pięciopalczaste liście brązowieją w smutku
i bezradnie kurczą się w sobie
ich wielbiciel mały chrząszcz o zabawnym imieniu
szrotówek kasztanowcowiaczek
pracowicie robi swoje

odejdą w zapomnienie małe niezgrabne ludziki
na zapałczanych nóżkach
a brązowe z białą łatą krówki nie urodzą się nigdy
w zręcznych palcach przedszkolaków

umierają kasztanowce towarzysze młodzieńczych rojeń
w ich cieniu czas dziergał dni woal
i pierwszą miłość

białe kwiaty podobne zapalonym na choince świeczkom
zaledwie zdążyły zakwitnąć spadły jak śnieg na ziemię

czyim teraz językiem przypomni natura
że czas się uczyć oj czas

zieleń kolczastych owoców
pękających gdy spadały z drzewa
i aksamitny brązowy dotyk wyłuskiwanych kasztanów
czuję do dziś w mojej dłoni

moje kasztanowce trwajcie
jeszcze trwajcie

2003

wtorek, 1 maja 2012

WAŻNE?

"Ważne, by zachować proporcje między słuchaniem innych i słuchaniem siebie."
To "wiekopomne" zdanie urodziło się w moim śnie, ale nie pamiętam już kontekstu. Wydało mi się tak ważne, że powtarzałam je przez sen. Ledwie z trudem otworzyłam oczy, spróbowałam je po omacku zapisać. Nie musiałam spieszyć się ze wstawaniem, polegiwałam jeszcze leniwie, przysypiając. Dziś 1 maja i w ogóle weekend, najdłuższy z możliwych. Mnie to co prawda nie dotyczy, ale życie za oknem spowolniło. Kto miał wyjechać, wyjechał. Inni siedzą w domowych pieleszach. Sklepy zamknięte, zakupów robić nie muszę. Jutro trzeba będzie tylko po gazety do kiosku.
A zapisane zdanie ma swój sens. Za długo słuchałam innych? Cóż, nawet jeśli tak było, co mi to teraz pomoże? Życie minęło.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

MIGOTANIE

I oto wiosną tego roku mamy upalne lato. Na termometrze za oknem 30 stopni C. Uff! Aż się rozmigotały moje przedsionki...
Jechałam autobusem na spotkanie z Magdą i zastanawiałam się, czy wysiąść na pierwszym przystanku i powędrować do szpitala na ostry dyżur, czy jechać dalej.
Zmieniając co chwilę zdanie, dotarłam jednak do otwockiego dworca i rozsiadłam się w kawiarni "Lokomotywa". Za chwilę wpadła Magda.
Jej młodzieńczy entuzjazm zawsze mnie podpiera. Pogadałyśmy całkiem konstruktywnie w temacie "Wiosenne Święto Poezji - IX Turniej Jednego Wiersza. Migotały idee, pomysły i... trochę plotek.
Zrobiłam jeszcze zakupy, do domu wróciłam zmęczona. Coś przegryzłam (Tadeuszowi podałam obiad) i uderzyłam w kimono. Fakt, długo w nocy nie spałam, ale niepokoją mnie te powtarzające się niemal każdego dnia chwile zapadania w śpiączkę.
Zaczynam się zachowywać podobnie jak moja najstarsza, nieżyjąca od roku, siostra. Tak jak ona mam cukrzycę. Ledwie po jakimś posiłku usiadła na fotelu, już za chwilę oczy jej się zamykały, a głowa opadała niemal na kolana. Miewam teraz podobnie. Ona od dawna była na insulinie, ja jeszcze na tabletkach, ale... Coś muszę ze sobą zrobić... Wiem, za mało się ruszam. Heh... Kwadratura koła.

niedziela, 29 kwietnia 2012

TAMTE LATA – TAMTE KLIMATY


Sięgam do starych notatek, zamierzam je tu zamieszczać. Nie da się zachować chronologii, a także uniknąć powtórzeń, ale muszę je mieć tu razem. Ten zapis pochodzi z roku dwutysięcznego. Nie żyją już Stach i Janusz. Żyją jeszcze siostry.

Mój brat Stanisław, w rodzinie zawsze nazywany Stachem, na emeryturze zajął się malowaniem. Wiedziałam, że był bardzo zdolny, ale malarstwo? O to go nie podejrzewałam. Myślałam, że zacznie pisać. Świetny opowiadacz historii. A jednak… Zaczął malować i wychodziło mu to całkiem dobrze. Kiedyś poprosiłam, by namalował nasz przedwojenny dom, którego nie dane mi było znać. Żeby odtworzył tamten dom i jego otoczenie, gdzie upłynęło dzieciństwo mojego starszego rodzeństwa. Dziś ten obraz wisi u mnie w pokoju. To moje miejsce magiczne.
Do roku 1939 moi bliscy żyli w malowniczej scenerii między jeziorem, nadjeziornym lasem, a ogrodem i klasztorem bernardynów, z kościołem w tle. Odizolowani po trosze od pospolitego życia poza murami seminarium. Szkolny teren był ogrodzony solidnym murowanym parkanem. Pokryty białym tynkiem, zwieńczony daszkiem z czerwonych dachówek i bramą prowadzącą do wnętrza stanowił dla mnie tajemniczy świat - po wojnie jako mała dziewczynka odwiedziłam go parę razy.
Przed wojną przyszło tam na świat pięcioro mojego rodzeństwa: najstarsza siostra Władzia urodziła się w 1921 roku, Ira - w 1923, Stach - w 1925, Janusz - w 1928, a Basia - w 1932. To miejsce ukształtowało klimat życia całej rodziny.
Znaczenie miała nie tylko bliskość natury, ale także, a może przede wszystkim środowisko szkoły, która z jednej strony stanowiła podstawę egzystencji, bo dawała pracę - Tatuś był w tej szkole woźnym - z drugiej zaś była oknem na świat. Istotne i znaczące stawało się to, co się w niej działo. Ważni byli związani ze szkołą ludzie. Z tej strony, jak promienie słońca prześwitującego przez gęstwę listowia, docierały odgłosy lepszego świata. Uchylały się drzwi do świata wartości wyższych – wiedzy, nauki i kultury... W naturalny sposób chłonęli to moi rodzice i przesiąkały tym dzieci.  
Rodzice posiadali licznych krewnych i przyjaciół, wydaje się jednak, że największy wpływ wywarły na nich osoby związane z seminarium, a potem powstałym na jego miejscu gimnazjum. Niektórzy z dyrektorów, profesorowie i ich żony, przebywający tam czasowo wizytatorzy, a nawet uczniowie - pojedynczo i w gromadzie.

Dyrektor Gawędzki i jego żona byli dobrymi ludźmi, z dużą życzliwością odnosili się do moich rodziców, choć mój ojciec był tylko woźnym. Ponieważ dobrze wypełniał swoje obowiązki, dostąpił zaszczytu awansu na stanowisko starszego woźnego. Córki państwa Gawędzkich bawiły się z moimi siostrami, Władzią i Ireną, często przebywały w naszym domu, a nasza mama się nimi opiekowała. Jedna z nich, Kalina Gawędzka, to znana dziennikarka, redaktorka pism młodzieżowych i kobiecych. Druga została wziętym lekarzem, zamieszkała gdzieś zagranicą. Obie, tak jak moje siostry, to już sędziwe panie. Nie wiem nawet, czy żyją.
Krótko po wojnie, państwo Gawędzcy odwiedzili moich rodziców w naszym rodzinnym domu w Skępem, ale było to raczej smutne spotkanie. Mama leżała chora. Rozmowa z gośćmi się nie kleiła - "Nie wstępuje się dwa razy do tej samej rzeki".

W szczególny sposób w dziejach rodziny zaznaczyła się Ewa Szelburg-Zarębina, znana pisarka, autorka książek, głównie dla dzieci. W 1921 roku była matką chrzestną mojej najstarszej siostry Władzi, wraz ze swoją matką, zresztą. Istnieje taka rodzinna legenda, że epizod z życia mojej najstarszej siostry Władzi stał się impulsem pewnego opowiadania. Jego bohaterką była mała dziewczynka z czerwonym balonikiem, który wyrwał się jej z rąk i uleciał w przestworza. Ewa Szelburg-Zarębina przez krótki okres mieszkała w Wymyślinie jako żona dyrektora seminarium, pana Ostrowskiego. Ale stało się tak, że zakochała się w uczniu z ostatniego kursu – Zarembie. Uciekła nim do Warszawy i wkrótce za niego wyszła. Nasza mamusia była powiernicą zarówno jej tajemnic, jak i żałosnych skarg porzuconego.

Z Warszawy do gimnazjum w Wymyślinie jako wizytator szkolny przyjeżdżał pan Drewnowski. Latem spędzał tu wraz z całą rodziną swój urlop. Z jego synami bawili się moi bracia i siostry. Dla tej znanej warszawskiej rodziny Wymyślin był zapewne nic nie znaczącym epizodem, natomiast odcisnęli swój ślad w historii Warszawy, w historii kraju. Cała rodzina w czasie wojny i okupacji zamieszana była w działalność konspiracyjną, ich losy potoczyły się tragicznie. Dziś żyje tylko Tadeusz Drewnowski, ówczesny kompan zabaw moich braci, szczególnie Stacha, znany obecnie historyk literatury i pisarz, autor m. in. cenionej biografii K. K. Baczyńskiego "Żołnierz, poeta, czasu kurz..." i wydawca "Dzienników Marii Dąbrowskiej".

To było pokolenie Siłaczek i Judymów, ludzi z poczuciem misji. Historyczny fakt. W pierwszych latach odzyskanej niepodległości polskiej inteligencji przyświecał ten, zapisany na kartach prozy Żeromskiego, imperatyw – w odległe zakątki Rzeczypospolitej nieść kaganek oświaty. Skępe i jego okolica, a szczególnie to miejsce zwane Wymyślinem, było właśnie jednym z takich zakątków. Tak to widzę.

W seminarium w Wymyślinie uczyli się synowie zamożnych rodzin z okolicy. Dość wcześnie ktoś (z nauczycieli?) zauważył, że woźny, Władysław Bobrowicz, ma bardzo zdolne dzieci. Jednakże same zdolności nie gwarantowały wtedy szkolnej kariery mojego rodzeństwa, potrzebne były pieniądze. Na czesne, na podręczniki i zeszyty, na buty i szkolne mundurki. Tymczasem dzieci państwa Bobrowiczów dla oszczędności w ciepłe wiosenne i letnie dni biegały boso. Ale na rodzinnych zdjęciach moje siostry i bracia prezentują się dobrze. Władzia i Irena - uczesane w warkocze, ozdobione wstążkami, w kolorowych  sukienkach, na nogach mają białe skarpetki i ładne, zapinane na guziczek, ciemne pantofelki. Na co dzień więc było może biednie, ale… honorowo.
Później wybuchła wojna...