TYLKO TYLE

środa, 25 kwietnia 2012

wtorek, 17 kwietnia 2012

NO!

Drugi dzień wczesnego wstawania. Może się przyzwyczaję? Nie wiem. Ale zadania przewidziane na dzisiaj zostały wykonane. Na wizytę do przychodni oczywiście taksówką, niezawodnej pani Lucynki. Muszę kiedyś o niej napisać, to fenomen. Ma siedemdziesiąt kilka lat, a jeździ jak „młody bóg”. Talent w genach.
Z jej pomocy korzystam często, jeśli mam gdzieś Tadeusza zawieźć. Czasem z tych naszych Ługów jeździliśmy do miasta autobusem, teraz to już niemożliwe. Tadeusz nie daje rady, mimo że stara się być dzielny.
Decyzja o „nowej” lekarce - ze wszech miar słuszna. Pani doktor okazała się osobą młodą, sympatyczną, jednocześnie uważną i wnikliwą. Będziemy się jej trzymać. Stanu Tadeusza nie zmieniła, tego nie zrobi żadna czarodziejska różdżka, ale do jego problemów podeszła merytorycznie i z sensem. Coś pozytywnego może z tego wyniknie.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

DZIŚ

Wcześnie dziś wstałam. Miałam zadania do wykonania. Po pierwsze i najważniejsze - zapisać siebie i Tadeusza do lekarza. Bo to poniedziałek, a w „mojej” przychodni zapisy odbywają się tylko w poniedziałki. Na wizytę, która mieć będzie miejsce nie wcześniej niż za dwa tygodnie. To już samo w sobie jest koszmarem. A dziś jeszcze się spotęgowało. Dowiedziałam się, że nie ma zapisów, bo za dwa tygodnie wypada… długi weekend, więc i tak nic z tego… Zagotowało się we mnie. Muszę z Tadeuszem być u lekarza koniecznie. Dusi się coraz bardziej. Jestem bezradna. Ten wysięk w płucach pewnie się powiększył.
Na szczęście jedna z recepcjonistek spojrzała na mnie i z otwartym zeszytem w ręku zapytała – A może zapisać państwa do nowej pani doktor? Ja na to – A na kiedy? – Na jutro. – Oczywiście, proszę zapisać. Już wszystko było mi jedno do kogo.
W ten sposób zmieniamy już kolejną lekarkę „pierwszego kontaktu”. Tej „nowej” nie znam zupełnie.
Kiedy ta „moja” przychodnia powstawała, jako prywatna, ale na umowie z NFZ, a my decydowaliśmy się do niej przenieść, było idealnie. Wszystko można było załatwić z marszu, na telefon. Więc pacjenci zapisywali się tu gremialnie, dodatkowo sprzyjało temu położenie w centrum miasta. Ale… Im więcej nas było, tym bardziej organizacja przychodni stawała się niewydolna. Znów trzeba było czatować, wstawać skoro świt, trafiać we właściwy dzień, by zapisać się na wizytę. Telefonicznie, owszem niby można, ale to tylko teoria. Zrealizować trudno. Poza tym ciasnota wąskiego korytarzyka i kłębiący się w nim tłum przyprawia o klaustrofobię.
Niemniej pierwsze zadanie wykonałam. Następne też – wyjaśniłam w spółdzielni mieszkaniowej problem jakiejś naszej zaległości. Wszystko już wyprostowane.
W domu wyjątkowo urywał się do mnie telefon. To Beata S. Boryka się wciąż z papierami po nieistniejącym już stowarzyszeniu. Próbuje go formalnie rozwiązać. Musimy w końcu się jakoś z tego wywikłać.

niedziela, 15 kwietnia 2012

EWA

Wczoraj wieczorem telefon. Aż dziw, że od razu rozpoznałam głos. To Dusia, koleżanka z ogólniaka. Myślałam - pewnie znów szykują zjazd koleżeński, chce mnie zawiadomić. Tymczasem... Tak, zawiadomić, ale... o śmierci Ewy P. To cios. Przecież miałam do niej zadzwonić. Miałam. Tak to zwykle bywa. Były święta, niby powinnam, ale się bałam. Bo na dłuższy czas zapadło między nami milczenie. Przed tym było raczej optymistycznie - wyszła z choroby, to był rak piersi, i - jak sama mówiła - aż się dziwi, że tak dobrze się czuje. Potem jednak historia z jej bratem, znanym aktorem. On swojej choroby nowotworowej nie przeżył. Ale dzwoniła do mnie jeszcze, rozmawiałyśmy.
Dusia opowiedziała mi wszystko ze szczegółami. Zawsze była elokwentna i wylewna. Niektórzy tak mają. Ja tak nie potrafię. Była świadoma tego, że na pogrzeb nie dojadę, ale zostawiła mi prośbę, bym - tak jak na pożegnanie naszej Wychowawczyni - napisała jakieś pożegnalne słowa, a ona je odczyta. To, co wysłałam im wtedy, bardzo się podobało. Hmm... Robię specjalizację? Nie chcę! Nie potrafię! Ale Duśce trudno odmówić, nie sposób uciec przed jej prośbami. Pełna wątpliwości i niewiary w siebie, obiecałam w końcu, że spróbuję. Gotowy tekst zaraz wysłałam mailem, zasugerowałam jednocześnie możliwość zmian, gdyby ona i koledzy widzieli taką potrzebę. Bo ja, myśląc o Ewie z oddali, napisałam głównie w swoim imieniu. Oni - żartobliwie zwany "komitet organizacyjny" - w ostatnich latach byli bliżej siebie, stanowili grupę, spotykali się częściej.

Ewo, Przyjaciółko! Nie wierzę, że Ciebie nie ma. To nie tak miało być. Miałam przecież do Ciebie zadzwonić. I to ja w Twoim serdecznym głosie i radosnym śmiechu szukać miałam pocieszenia dla siebie. Bo tak było zawsze – to Ty wspierałaś nas swoją energią i pogodą ducha, a my podziwiałyśmy Cię za Twoją dzielność. Z Tobą łatwiej było odganiać smutki  z czoła i wierzyć, że przed nami jeszcze wiele jasnych dni. Że mamy tyle jeszcze słów do powiedzenia, sobie i swoim bliskim, tyle gór do zdobycia.
Poznałyśmy się w szkolnych murach Liceum im. Adama Mickiewicza. Wyróżniałaś się urodą i pięknym warkoczem jasnych włosów. Wodzili za Tobą oczami nie tylko chłopcy, także my, dziewczyny, z zazdrością. Miałaś w sobie charyzmę. Świeciłaś. Na naszym pierwszym obozie odrodzonego harcerstwa, nad jeziorem Dobre, byłaś nam zastępową. Niepoważną wybrałyśmy sobie wtedy nazwę „Sroczki”, ale Ty – pracowita i ambitna – jak najpoważniejszą byłaś harcerką, już wtedy zdobywałaś swoje szczyty.
Po latach, gdy dawno już opuściliśmy szkolne mury i każdy po swojemu przebijał się przez życie, byłaś nicią, która wiązała nas – grono koleżanek i kolegów rocznika 1942 – w ciepły splot przyjaznych dusz. Byłaś wspaniałą inspiratorką koleżeńskich spotkań. Umiałaś przekonywać, że trzeba, że warto. I organizatorką wspólnych wypraw do naszej wychowawczyni, Marysieńki. Łączyły nas piękne wspomnienia.
Ewo, na uroczystość Twoich Urodzin przygotowywaliśmy dla Ciebie żartobliwe przedstawienie. Ty miałaś być w nim Rzepką. Tą, która nie da się nigdy wyrwać z życia. Niestety, nie udało się. Odeszłaś za wcześnie. Żegnamy Cię z bólem, łącząc się nim z Twoimi Bliskimi. Żegnamy Cię także z wiarą, że tam, dokąd zmierzasz, wszystko zostanie Ci wynagrodzone. Spoczywaj w pokoju!

sobota, 14 kwietnia 2012

NAJPIERW - ROZPOZNAĆ WROGA

Wczoraj był piątek, trzynasty kwietnia i nawet temperatura miała trzynaście stopni Celsjusza. Nie, żebym była przesądna, ale dzień był byle jaki. Dopiero wieczorem trochę się zmobilizowałam. Właśnie… Z tą mobilizacją u mnie coraz gorzej. Pewnie powinnam się zainteresować problemem prokrastynacji.
To
nieprzyjemne i kłopotliwe zjawisko z dziedziny psychologii niedawno zostało uznane za specyficzne zaburzenie psychiczne. Hmm… Prokrastynatorzy mają ogromne problemy z zabraniem się do pracy. Coś podobnego i mnie dolega. Bardzo często uważani są po prostu za leni – sama też tak o sobie myślę.
Objaw pojawia się najczęściej w wieku szkolnym, u uczniów zdolnych i nie mających problemów z nauką. Paradoksem jest, że większość osób cierpiących na tę przypadłość to perfekcjoniści. Prokrastynator, przed którym postawiono zadanie wymagające większego wysiłku traci wiarę w siebie i motywację – zaczyna odczuwać niepokój – nie dopuszcza do siebie myśli o popełnieniu błędu, co w efekcie zupełnie go paraliżuje. Dawno już nie jestem w wieku szkolnym, ale tak właśnie ze mną było. I nadal jest.
Tak, odwlekam czynności, które powinnam wykonać, na rzecz zajęć łatwych i przyjemnych. Zamiast sprzątać mieszkanie, biorę książkę do ręki albo siadam przed komputerem i już mnie nie ma.
A dziś sobota.
Może jednak zrobię pranie…

piątek, 13 kwietnia 2012

LISTOPAD 2010. BARBARA - wiersze

***
wokół mnie
coraz więcej czarnych dziur
pochłaniają wszystko
dawno nie ma już matki ojca braci
teraz siostra
najmłodsza z trzech
czytała mi kiedyś Tajemnicę zamku Rodryganda
gdy nie umiałam jeszcze składać liter

przerwała w najciekawszym momencie
nigdy nie poznałam zakończenia

później
już wszystko sama
ale tajemnica zamku pozostała tajemnicą

a ją gnało po gościńcu życia
zmieniała miejsca i poglądy
zbliżała się i oddalała od swojej
prawdy
jednak była
jedną z tych cienkich nici
które wiązały mnie z czasem

mój kosmos się kurczy
a ja sama to jeszcze jeden
znikający punkt


***

niewielki cmentarz na wzgórku
na obrzeżach miasta
ma w sobie coś romantycznego
dobrze wybrałaś

dawno się nie widziałyśmy
żegnam cię teraz  w grupce żałobników
w listopadowy czas
moja siostro

pogoda jak twój charakter daje się nam we znaki
zacina deszcz i porywisty wiatr urywa głowy
w środku lodowata pustka

chłodny nieprzyjazny przestwór
przeszywa
nagle dźwięk trąbki
przenikliwy niesie się daleko

samotny czysty głos
zabiorę ze sobą



środa, 11 kwietnia 2012

POCZĄTKI, POCZĄTKI

Jakie były naprawdę początki mojego pisania? Dziś już chyba tego nie odtworzę.
Lubiłam czytać i chyba dość wcześnie błąkać się zaczęła po mojej głowie myśl, że… chciałabym być pisarką. Jednocześnie krytycznie oceniałam siebie i swoje możliwości. Tak nie potrafię – myślałam. Ale… Choć byłam nieśmiała, skryta i niepewna siebie,  to jednak ambitna, więc chciałam podobnie jak inni… Pisać, wyrażać siebie. Coś tam skrobałam w zeszycie.
Szczególny wpływ, chyba nie zdając sobie z tego sprawy, wywarła na mnie na tym polu, moja starsza o dziesięć lat siostra, Barbara. Była uczennicą liceum pedagogicznego, ja w „ochronce”, a potem w pierwszych klasach szkoły. Trudny miała charakter, humory zmienne, bawiła się mną jak kot myszą. Przyciągała i odpychała. Lekceważyła mnie, a jednak potrzebowała widowni, więc czasem dopuszczała do „tajemnicy”. Czytała mi swoje zapiski z czegoś w rodzaju pamiętnika. Były tam także jej wiersze. Potrzebny był jej ten podziw w moich oczach. Niekiedy, nic nie mówiąc, myślałam w duchu, że napisałabym to inaczej, może lepiej. I kiedyś w końcu – jakby w kontrze do niej – napisałam wiersz poświęcony Matce. Nasza Mama zmarła po długiej i ciężkiej chorobie w wieku pięćdziesięciu sześciu lat. Ja miałam wówczas czternaście. Wiersz Barbary dla Matki – boleśnie to czułam – tchnął fałszem, wykreowała się w nim na kogoś innego. Ja wiedziałam, obserwowałam to na co dzień, jaka była wobec Rodziców. Urządzała histeryczne awantury, robiła piekło, a zawsze obwiniała potem innych. Od zarania lubiła robić coś komuś na złość, tak żeby go bolało. Opowiedziała mi kiedyś, przypadkiem, gdy obydwie byłyśmy już stare, że jako mała dziewczynka, wyszła raz z domu i ukryła się w wysokiej trawie. Stamtąd obserwowała, jak zrozpaczeni rodzice szukają jej, wołają. Śmiała się. Nie oszczędzała szczególnie tych, którzy ją kochali. Z biegiem lat narastały w niej cechy osobowości paranoicznej i kontakt z nią był coraz trudniejszy. Mimo wszystko była niezłą nauczycielką. Pisarką jednak nie została. Już dwa lata nie ma jej wśród żywych.
Miało być o moich początkach. No… trochę było.