TYLKO TYLE

środa, 28 marca 2012

GENIUSZ - teraz wiersz

Po niedawnym żartobliwym opowiadaniu teraz wiersz. Pod tym samym tytułem "Geniusz"

pojawił się znienacka
choć to nie była karczma Rzym
mój geniusz

spełnię każde twoje życzenie
szepnął
tylko poproś

chcę być 
powiedziałam sącząc ostatnią kroplę wina
tak chcę być 
piękna i młoda

spojrzał na mnie 
otaksował wzrokiem
trochę zdziwionym i westchnął

a mnie nagle ścisnęło coś
chyba w żołądku
a w głowie zawirowało
i przez chwilę jakby mnie
nie było

z niebytu wydobył mnie
czyjś chrapliwy głos
no jesteś
odezwał się ten geniusz

zawsze już będziesz
piękna i młoda
patrz

dotknęłam swojej twarzy
była dziwnie gładka
i chłodna

a po drugiej stronie lustra
ujrzałam ją
lalkę barbie

poniedziałek, 26 marca 2012

GENIUSZ - opowiadanko

Jakiś czas temu na portalu literackim Fabrica Librorum" JacAr Rostocki wymyślił taki rodzaj zabawy literackiej. Podał temat "geniusz", napisał wiersz i zachęcił nas, mnie i Ewę M., do podjęcia wyzwania. Wiersz lub opowiadanie.
Przy czym tytułowy "geniusz” miał znaczenie kogoś w rodzaju cudotwórcy albo złotej rybki. Miał spełniać życzenia.
W słowniku jest tak: Geniusz – od genius, w mitologii rzymskiej duch opiekuńczy, anioł stróż, bóstwo opiekujące się człowiekiem albo miejscem. I oto moje opowiadanie :D

Szłam wolno przez osiedlowy park podziwiając jesienne sumaki. Tuż za sobą usłyszałam jakiś cichy szmer. I ten głos.
- Spełnię wszystkie twoje życzenia…
Obejrzałam się zaniepokojona. Świr jakiś, czy co?
- Jestem… geniusz… Twój duch opiekuńczy.
Coś zaświtało mi w głowie. Geniusz? Aha! No, wiem…
Przyjrzałam mu się uważniej. Był jakiś taki bez wyrazu. Poczułam się dziwnie. Nie wyglądał ani na ducha, ani opiekuńczego, ani tym bardziej na geniusza. Właściwie, to sama nie wiem, jak taki geniusz powinien wyglądać, więc nie będę się czepiać. Eugeniusz to wiem, znałam jednego. Dosyć wredny.
- O czym marzysz, powiedz.
Jakby na przekór niepozornej posturze głos miał ładny - głęboki, melodyjny, męski.
Jeszcze nie wierzyłam, a już przebiegałam myślami połacie moich marzeń. Dużo tego. Wszystkich przecież nie spełni… Zdecydowałam.
- Chcę być poetką.
W tym momencie geniusz przyjrzał mi się uważnie. Z pewną podejrzliwością...
- Poetką? – powtórzył. Aha, poetką…I jakoś tak, ciągle na mnie patrząc, zaczął się nagle zmieniać na twarzy. Bladł i czerwieniał. A oczy robiły mu się coraz większe.
Co jest? Co z nim. Co on się tak zastanawia?
- Heh, przepraszam, ale… to... nie twoim jestem geniuszem - wyjąkał.
- Nie moim???
No, kurczę! To on nawet nie potrafi rozpoznać, czyim jest geniuszem? Ślepak jeden!
Miał skruszoną minę i patrzył żałośnie. A co mi tam. Palant! Głupek nie geniusz!
Ukłonił się niezręcznie i zaczął się oddalać. Widziałam jeszcze, jak sięgnął po papierosy, ale nie mógł odpalić, zapalniczka mu się zacięła, niemocie.
Za chwilę już go nie było.
Był i się zmył.
Gdzie poszedł? Nie wiem. A! coś mnie tknęło. Może... do tego poety z Łomianek… Ale, gdzie Rzym, gdzie Krym…
Jednak niech mi się tu więcej nie pokazuje! Bo jak go spotkam, to mu nos rozkwaszę. Albo jeszcze coś więcej. I niech potem patrzy sobie w lustro. Też mi rzymski geniusz!
Poszłam swoją drogą.
Jesienne sumaki nadal ociekały złotem i czerwienią burgunda. Burgunda. Tak, to jest myśl. Muszę się napić wina.
I na pewno napiszę wiersz.
Zobaczysz, ty… geniuszu! Tfu!

ZAKAMARKI PAMIĘCI

Pod niebem

w spokojne majowe wieczory płynie przestworzem
ten głos niesiony echem
dalekiego dzieciństwa

szeptane ustami starych kobiet skupionych
kręgiem słowa unoszące się w niebo
od kapliczki nad jeziorem

… módl się za nami…

granatowa przędza wieczoru
spowijała ulicę ławeczkę i dom
pod niebem pełnym gwiazd
i małą dziewczynkę z oczyma otwartymi
szeroko

od jeziora ciągnęło chłodem
powracały do domów milczące kobiety
wtulone w wełniane chusty
ciągnęły za sobą echo

… za nami…
… za nami…
… za nami…

2004

Z zakamarka pamięci

powiew wiatru doniósł
daleki odgłos bębna

idą już idą

tupot bosych pięt o bruk uliczki
żeby tylko zdążyć na rynek
koniecznie zobaczyć

co roku tak samo

sunie korowód płockiej kompanii
po bruku miasteczka
wije się powoli w szpalerze ciekawskich

nie widzi nie słyszy gawiedzi
zapamiętały w swej roli bębnista
wysoko wyrzucane ręce biją w taraban
nadają rytm zmęczonym krokom

kłonią się lite srebrem i złotem sztandary
z uczepionymi do szarf dziewczynkami w bieli
figury świętych na barkach mężczyzn
ocierają pot z czoła
wysokie głosy kobiet ciągną wytrwale
słowa pieśni

idą do Skępskiej Panienki
po cud – wiary? nadziei? miłości?

blisko coraz bliżej
jeszcze tylko w wodzie jeziora
ochłodzą stopy
zawieszą wzrok na wieży kościoła
westchną – to już

w słońcu września
wkroczą w cień krużganków
i dalej przed ołtarz
aby paść w pokorze
żeby stał się…

tak szli
pamiętam
a oni? czy nadal pamiętają
po co

2009

sobota, 24 marca 2012

AUTOLUSTRACJA

czyimkolwiek jest dziełem Boga czy przypadku
świat leży daleko na wschód od edenu
jednak nie wyruszałam
na bitwy

liżąc czarne rządki liter
ginęłam na paryskiej ulicy
z urwisem o imieniu Gavroche 
jak mały Nemeczek drżałam z zimna
dla Placu Broni
tropem Holdena Caulfielda
buszowałam w zbożu
by na skraju przepaści ratować
innych
nie siebie

choć nieobce były mi pragnienia
first we take Manhattan
then we take Berlin
tkwiłam w miejscu

mijały mnie dzieci-kwiaty i aksamitne rewolucje
a ja słuchając Wysockiego Dylana Cohena
powtarzałam za Galileuszem
a jednak się kręci

byłam tylko
nauczycielką

piątek, 23 marca 2012

Z GŁUPIA FRANT

W październiku minionego roku znalazłam się przypadkiem w Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu, w szacownej siedzibie Związku Literatów Polskich. Trwał właśnie ostatni dzień Festiwalu Poezji, poświęcony w zamierzeniu młodej poezji. Swój najnowszy dorobek prezentować mieli Paweł Łęczuk, Karol Samsel i Miłosz Kamil Manasterski. Przewidywany był także turniej jednego wiersza. Siedziałyśmy z Wandą i Izą w dużej, ale pustawej sali.
Nadszedł czas turnieju. Organizatorzy byli gotowi. Prowadzący, Zbigniew Milewski, przedstawił jurorów, a spoglądając na trzymaną w ręku listę, zachęcił, by się jeszcze zapisywać. Sala troszkę się zapełniła. Uczestnicy? Widzowie? Zobaczymy.
Nic to, że w pewnym momencie zgasło światło. Krótka chwila zamieszania i stwierdzenie – wysiadł system - nie zahamowały biegu zdarzeń. Było jeszcze dość wcześnie i przez okna docierało światło dnia. To wystarczyło, turniej się potoczył, prezentacje trwały. Występowały nieznane mi młode osoby, w tym nastoletnia córka poety prowadzącego (zdobyła później turniejową nagrodę), i Paweł Garnecki, weteran podobnych imprez.  Uczestników było w sumie czternaścioro. Nie za dużo, jak widać. W naszych otwockich konkursach zwykle osiągaliśmy dwudziestkę.
Prowadzący znów zaapelował, jeśli po występie ostatniej osoby zapisanej na liście ktoś chciałby się jeszcze zgłosić, to proszę bardzo. Diabeł mnie podkusił. Pomyślałam – a może… Ale przecież nie miałam tekstu, a trzeba taki dać jurorom. Hmm… Z pamięci nic dłuższego nie powiem. Przyszedł mi na myśl mój epigramat o zegarze, ba, ale trochę za krótki… I nawet kartki żadnej nie miałam. Ale długopis tak. Obracałam go w rękach. Kiełkował jakiś pomysł. Co zrobić? Rzucić się na tę głęboką wodę czy nie? Wyjęłam swoją siermiężną wizytówkę i na jej odwrocie naskrobałam:

***
nakręcasz zegar i wydaje ci się
że panujesz nad czasem
kobieto mówią
twój czas już minął

Do istniejących wersów dopisałam dwie skromne linijki. Nie uprzedzając Wandy i Izy, z tym oto czterowierszem zgłosiłam swój udział w turnieju. Nie, nie wygrałam go. Ale zdobyłam wyróżnienie. Dostałam książkę! Antologię wierszy z poprzednich festiwali. Ex aequo z Pawłem Garneckim.
W duchu śmiałam się sama z siebie. A może jednak to było żałosne? Ja w dniu młodej poezji...

Jurorzy i laureaci Turnieju.
Z lewej w pierwszym rzędzie - Aldona Borowicz, w drugim - Miłosz Kamil Manasterski. Jurorzy. Brakuje Zbigniewa Milewskiego. Obok Manasterskiego Paweł Garnecki. W środku - Karol Samsel, młody i wybitny, wschodząca gwiazda poezji. Ja z prawego brzegu. Ha! młoda poetka.
Wyżej zamieszczone zdjęcie ściągnęłam ze strony www.literaci.eu



PRÓBY ZADUROPODOBNE

Gdzieś u schyłku roku 2010… Czytałam właśnie „Nocne życie”, świeżo wydany tomik wierszy Bohdana Zadury. Duża przyjemność. Zachwyciły mnie szczególnie krótkie, epigramatyczne  formy . Niektóre brzmiały jak „grepsy”. To mój ulubiony tekst:
„Puśćmy się
w niepamięć”
Fajnie byłoby napisać coś takiego – zwięźle, dosadnie, z sensem. Tak pomyślałam, siedząc przy komputerze. Stuknęłam w klawiaturę. Nastrój miałam nie najlepszy. W ostrej fazie pretensji do czasu, że płynie i do samej siebie, że nie jestem młoda, piękna i utalentowana. Bunt i atak… Wyszło coś takiego.

***
nakręcasz zegar i wydaje ci się
że panujesz nad czasem

No! Chyba nie najgorzej. W drugiej próbie byłam jeszcze zwięźlejsza.

***
żyłam?
nie pamiętam


Wobec samej siebie też bywam sarkastyczna i zgryźliwa...

czwartek, 22 marca 2012

OH, SERPENTUS - opowiadanko

Mam kłopoty ze snem. Budzę się w nocy. Coś się dzieje w mojej głowie. Jakby ktoś przestawiał meble i robił generalne porządki. Słyszę szuranie, dziwne chrzęsty i stuki. Nie mogę pozbierać myśli. Początek zdania szuka bezskutecznie swego końca, a gdy już go znajdzie, znika. O co chodzi? Skulona w pozycji embrionalnej patrzę w okno, wypatrując świtu, wszak „mądrzejszy jest od wieczora” – tak mówią baśnie. Łapię oddech i generuję w miarę sensowne postanowienie – „Muszę iść do lekarza”.
- Nie mogę spać, pani doktor…
- Tak? A dlaczego?
O rany, gdybym wiedziała, nie byłoby mnie tutaj.
- No… nie wiem. Nie mogę i już.
- Proszę pani, w tym wieku to się zdarza każdemu.
Jasne! W tym wieku! Znaczy, stara jestem i won. A ktoś się mnie pytał, czy chcę się zestarzeć? Głupia lekarka! Już jej nie lubię. Przełamując narastającą niechęć, opisuję jednak swoje nocne zmagania.
- A nie próbowała pani herbatki ziołowej?
- Piję melisę od tygodnia. Nie pomaga.
W środku robię się coraz bardziej kolczasta, ona chyba to czuje, ale patrzy na mnie beznamiętnym, rybim. wzrokiem. W końcu sięga po długopis i receptariusz.
- Przepiszę pani…
Tu rzuca jakąś skomplikowaną nazwę lekarstwa, która nic mi nie mówi.
- Gdyby to nie zadziałało, proszę się do mnie zgłosić za jakiś czas.
- Tak. Dziękuję.
Nie lubię wizyt u lekarzy. Najchętniej leczyłabym się sama. Kontakt z personami reprezentującymi medycynę narusza mój ukryty wymiar. Ale ominąć doktora nie sposób, bo dopadają mnie ciągle jakieś choroby. Najdziwniejsze jest to, że wystarczy, bym usłyszała z czyichś ust, lub przeczytała gdzieś, ładnie brzmiącą nazwę jednostki chorobowej i już ją mam. W ten sposób stałam się posiadaczką całego wachlarza schorzeń.
Do tej pory jakoś z tym żyłam. Teraz ta bezsenność…
Męczę się okropnie. Coś się dzieje w mojej głowie. A każdy dzień po nieprzespanej nocy mogę spisać na straty. A przecież miało być – „Nulla dies sine linea”.
Zaczęłam się zastanawiać, czy nie usłyszałam ostatnio jakieś nowej nazwy medycznej. Ale chyba nie… Rzadko teraz z kimś rozmawiam. Czytałam coś? Może… Ostatnio głównie przesiaduję przy komputerze. Rozglądam się po necie. Czyham na ciekawe teksty literackie.
Prawda! Coś jednak zwróciło moją uwagę. Na jednej z internetowych stron rzuciła mi się w oczy łacińska nazwa – serpentus cerebri. Urzekła mnie swoją melodią. Jak to będzie po polsku? Wkręcioch mózgojad?! No nie! To chyba żart?!
Nie lubię robactwa w żadnej postaci. Budzi obrzydzenie z nieprzyjemnym mrowieniem na plecach. A wkręcioch mózgojad, to naprawdę ohyda! Walczyłam z własną wyobraźnią, która podsuwała mi coraz bardziej przerażające obrazy tego żyjątka. Nie wierzyłam, że coś takiego może istnieć.
A jeśli…?
A jeśli ten wkręcioch mózgojad zagnieździł się w mojej głowie?
Nie! Nie chcę! To nie może być prawda.
Z drugiej strony… to by mogło tłumaczyć te chrzęsty i szurania.
Wyobraziłam sobie, jak to coś małego włochatego, a jednocześnie śliskiego, łazi po moim mózgu. Niczym gąsienica jedwabnika przesuwa się z miejsca na miejsce i pracowicie wyjada zwoje, warstwa po warstwie. Celem ataku padają kolejne fragmenty substancji szarej, ośrodki mowy, wzroku, słuchu… Znikają moje wspaniałe twórcze projekty, zamysły nowych wierszy, opowiadań i powieści… Wkrótce nie będzie już nic. Nie będzie nawet mnie samej.
Boję się nocy.
Resztką świadomości rozpaczliwie szukam ratunku.
Jak się tam dostał? Do mojej głowy. Pewnie przez ucho. Ostatnio mnie bolało.
Olśnienie. Skoro coś gdzieś się dostało, to może się też wydostać. Może ten serpentus cerebri wszedł sobie we mnie przypadkiem, a teraz nie może trafić do wyjścia?
Muszę mu w tym pomóc. Pozbędę się go.
Rozejrzałam się wokół. Nożyczki… Pilnik do paznokci… Ee, nie, to na nic.
Wiem. Gruszka do lewatywy. Tym pewnie uda się go wyssać.
Nie pomogło. Ani przez lewe, ani przez prawe ucho Wkręcioch wyjść nie chciał. Zobaczyłabym go, bo patrzyłam w lusterko powiększające. Nic. Chwila ciszy i nagle, w mojej głowie zaczęły się znów głośne stuki i szmery. Oho, pomyślałam – spał, a teraz się obudził!
Gorączkowo szukałam dalej sposobu na wywabienie go z mojego mózgu.
Pogadać z nim? Skoro rozmawia się z roślinami i one lepiej rosną, to i Wkręcioch Mózgojad może zechce posłuchać. Zaczęłam o nim myśleć z wielkiej litery. Nie pamiętałam już, że ma obrzydliwy wygląd i zjada mnie od środka. Zastanawiałam się tylko, jak go namówić, żeby wyszedł. Nie powiem przecież – „Serpentus! Do tablicy!”. Uczniowie też nie zawsze mnie słuchali.
Przyszły mi na myśl małe żółciutkie kurczątka. Jak zwoływała je kwoka? Ba, ale ja przecież nie jestem kwoką. Może zawołam tylko – Cip cip cip…
Nic z tego. Wkręcioch nie jest kurczakiem. Nie tak się woła na Mózgojady.
Taś taś taś… Też nie. To przecież na kaczki.
W głowie miałam coraz większy szum i stukot.
Olśniła mnie nowa myśl. Wiem! On tam pewnie, jak sobie podjadł, to urósł i nie może się zmieścić w trąbce Eustachiusza, choćby i chciał. Co robić? Jak go uratować? To przecież mój Serpentus Cerebri!
Zeszłam do piwnicy. W rzeczach męża, który kilka lat temu wyszedł po papierosy i dotąd nie wrócił, znalazłam wiertarkę udarową. O! To będzie dobre. Uratuję cię, ty mój Robaczku!
Wróciłam do mieszkania, usiadłam przed lustrem, włączyłam urządzenie do sieci i... przystawiłam wiertło do skroni.

Do napisania tego opowiadania – humoreski ktoś mnie zainspirował. Nazwa „wkręcioch mózgojad” nie jest mojego autorstwa. Faktycznie, przeczytałam ją w necie. A jej twórcę znam.