TYLKO TYLE
wtorek, 22 listopada 2016
ZACZĘŁO SIĘ
Zaczął się sezon nachalnych świątecznych reklam, za miesiąc Boże Narodzenie. Święta, które kiedyś lubiłam bardziej niż inne, one zawsze budziły moje emocje. Czasem smutne, zawsze nostalgiczne, gdy już stałam się dorosła... Tego współczesnego komercyjnego przedświątecznego zgiełku nie trawię.
wtorek, 15 listopada 2016
KSIĘŻYC
Wczoraj chmury zasłoniły mi księżyc i nie widziałam jego niezwykłego oblicza, które podobno w takiej postaci zdarza się raz na osiemnaście lat. Ale przypominam sobie, że kiedyś byłam już świadkiem niezwykłego zjawiska z księżycem w roli głównej.
Byłam wtedy świeżo upieczoną studentką, mieszkałam w akademiku, w Warszawie, na ulicy Madalińskiego. Był piękny wieczór. Zachciało mi się wyjść na spacer. Wyszedłszy na ulicę, spojrzałam przed siebie i przeraziłam się. Tuż nad dachami domów, bardzo nisko zobaczyłam niespotykanie wielką tarczę księżyca. Wyglądało tak, jakby księżyc urwał się z nieba, spłynął nad miasto i na chwilę przystanął. A niebo było czyste, przejrzyste, bez ani jednej chmurki.
Duszę miałam na ramieniu, poszłam jednak przed siebie. Ciekawe, że w trakcie mojego spaceru sytuacja się normalizowała. Już nie bałam się, że księżyc spadnie mi na głowę. Bo wędrując po swojej orbicie, bohater wznosił się do góry i malał.
Sądzę, że było to przed pięćdziesięcioma czterema laty. Tak policzyłam, przyjąwszy, że prawdą jest, iż taka księżycowa pełnia zdarza się co osiemnaście lat.
Coś się nie zgadza. Czytam w necie, że:
Byłam wtedy świeżo upieczoną studentką, mieszkałam w akademiku, w Warszawie, na ulicy Madalińskiego. Był piękny wieczór. Zachciało mi się wyjść na spacer. Wyszedłszy na ulicę, spojrzałam przed siebie i przeraziłam się. Tuż nad dachami domów, bardzo nisko zobaczyłam niespotykanie wielką tarczę księżyca. Wyglądało tak, jakby księżyc urwał się z nieba, spłynął nad miasto i na chwilę przystanął. A niebo było czyste, przejrzyste, bez ani jednej chmurki.
Duszę miałam na ramieniu, poszłam jednak przed siebie. Ciekawe, że w trakcie mojego spaceru sytuacja się normalizowała. Już nie bałam się, że księżyc spadnie mi na głowę. Bo wędrując po swojej orbicie, bohater wznosił się do góry i malał.
Sądzę, że było to przed pięćdziesięcioma czterema laty. Tak policzyłam, przyjąwszy, że prawdą jest, iż taka księżycowa pełnia zdarza się co osiemnaście lat.
Coś się nie zgadza. Czytam w necie, że:
Ostatni raz podobną superpełnię księżyca mieliśmy w Polsce aż 68 lat
temu - w 1948 roku.
Ja jednak pamiętam to, co widziałam i swoje ówczesne wrażenie. A były lata sześćdziesiąte.
Ja jednak pamiętam to, co widziałam i swoje ówczesne wrażenie. A były lata sześćdziesiąte.
poniedziałek, 14 listopada 2016
WRACAM
Wracam do swego blogu. Rzeczywistości - tej realnej - jeszcze wokół siebie nie uporządkowałam. Może skupienie się na niezobowiązującym pisaniu byle czego da mi jakiś rodzaj "zebrania się w sobie". Jednak... Wracam i potykam się o własne nogi. Popełniam błędy. W sprawach technicznych zawodzi mnie pamięć. Czy to już demencja? Muszę obsługi bloga uczyć się od nowa.
środa, 26 sierpnia 2015
IM BARDZIEJ... TYM BARDZIEJ
"Im bardziej Puchatek zaglądał do wnętrza, tym bardziej Prosiaczka tam nie było". To zdanie z mojej ulubionej lektury świetnie koresponduje z aktualną sytuacją. Im bardziej staram się uporządkować mój domowy świat, tym bardziej dostrzegam, że jest coraz więcej do zrobienia, a osiągnięcie celu nie jawi się nawet jako dalekie światełko w tunelu.
CZAS...
Czas nie goi ran. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. Pozornie zabliźnione otwierają się znienacka, a pamięć minionych zdarzeń łapie za gardło i dławi. Bezbronna zapadam się w studnię smutku.
sobota, 18 lipca 2015
ROZMOWY OSTATNIE
Rozmowa o zmierzchu
***
nie zostawiaj mnie tu samej wiosną
zobacz ile dmuchawców na łące
nie wiem czy tam także takie rosną
a skoszone siano tak pachnące
i nie zostaw mnie latem gorącym
chociaż szybko tak płowieją trawy
tu na niebie wciąż świeci nam słońce
nieskończone jeszcze nasze sprawy
nie zostawiaj mnie samej jesienią
z babim latem ani w listopadzie
tu sumaki chcą płonąć czerwienią
choć na czołach dziwny cień się kładzie
i nie odchodź ode mnie zimą
nim śnieg biały ziemię wokół przykryje
dłonie twoje w swoich przytrzymam
ty obejmij mnie mocno za szyję
***
nie oczekuj ode mnie zbyt wiele
dziś lub jutro ruszę bez kompasu
ku tej bramie co nasz świat rozdziela
krok za krokiem pójdę skrajem lasu
kiedy pójdziesz za mną swoją drogą
będę czekał za tym światłem w tunelu
będę czekał za tym światłem w tunelu
tam prócz nas nie będzie nikogo
znowu razem będziemy - u celu
Napisałam ten wiersz dwa lub trzy lata temu. Nie pokazywałam go Tadeuszowi.
znowu razem będziemy - u celu
Napisałam ten wiersz dwa lub trzy lata temu. Nie pokazywałam go Tadeuszowi.
wtorek, 30 czerwca 2015
CO DALEJ?
Na chwilę wynurzyłam się z czeluści, ale znowu tonę. W beznadziei. Osaczają mnie wszystkie moje lęki i traumy. Jaki dziś dzień? Czy ja czegoś nie zapomniałam? Nie przeoczyłam? Wizyta w przychodni? Miałam się z kimś spotkać? Nie pamiętam. Zapłaciłam wszystkie rachunki? Nie wiem. Strach serce ściska. Nie ma Tadeusza, żeby mógł mi przypomnieć. On tak dobrze pilnował terminów i spraw. Do czasu. Musiałam w pewnym momencie wszystko od niego przejąć.
Nie ma Tadeusza, a ja tkwię teraz w tym swoim bajzlu. Kiedy zdołam się ogarnąć i wszystko uporządkować? To nie tak, że nic w ogóle nie robię i nie zrobiłam. Staram się choć cokolwiek. Muszka co prawda szatkuje mój czas na wąskie pasma i między jednym spacerem a drugim nie zdążam wiele zdziałać. Czasem zwyczajnie zapadam w drzemkę.
Co mi się udało? Przejrzałam Tadeuszową garderobę. Trochę wyniosłam do stojących gdzieniegdzie pojemników i zasiliłam co najmniej dwie fundacje, zbierające używaną odzież. Synowie Tadeusza nie byliby zainteresowani. To nie spadek liczący się w złotówkach. Stare ciuchy. Nic atrakcyjnego ani wartościowego. Tadeusz miał abnegacki stosunek do ubrania.
Zostały tylko lornetki. Zbierał je, był tym przyrządem zafascynowany. Może jako fizyk, a może ze względu na swoje kłopoty ze wzrokiem. Przekazałam je w ręce Olka.
Teraz książki. Boże, ile tego jest. Wiedziałam, że Tadeusz miał rozległe zainteresowania, że lubił kupować książki, robił to nagminnie. Ale ogrom tego wszystkiego mnie przerasta. Fizyka, matematyka, filozofia, psychologia, mistyka i szereg zwykłych poradników "na każdy ból". Nie zbierał beletrystyki, interesowała go nauka. W ostatnich latach przejmował się informatyką, więc stosy książek o tematyce komputerowej oraz płyty CD i DVD.
Miał potrzebę nieustannego uczenia się. Tradycyjnie. Najpierw teoria - więc książka, czytanie, podkreślanie, robienie notatek na kartkach i karteluszkach, potem ćwiczenie, poznawanie nowych programów i aplikacji, używanie ich. Niestety z upływem czasu stawało się to już tylko jałowym biegiem. Jednak nie rezygnował.
Wcześniej była nauka języków, głównie angielskiego, ale ilość podręczników i wszelkiego autoramentu samouczków znacznie przerosła osiągane efekty. Sam się już w tym gubił. A teraz ja...
Zaproponuję Krzysztofowi, może on coś z tych zbiorów książkowych dla siebie wybierze, on, profesor filozofii, choćby "na pamiątkę". Na przykład trzy tomy "Historii filozofii" Tatarkiewicza. Z ojca podpisem. Zobaczymy.
Nie ma Tadeusza, a ja tkwię teraz w tym swoim bajzlu. Kiedy zdołam się ogarnąć i wszystko uporządkować? To nie tak, że nic w ogóle nie robię i nie zrobiłam. Staram się choć cokolwiek. Muszka co prawda szatkuje mój czas na wąskie pasma i między jednym spacerem a drugim nie zdążam wiele zdziałać. Czasem zwyczajnie zapadam w drzemkę.
Co mi się udało? Przejrzałam Tadeuszową garderobę. Trochę wyniosłam do stojących gdzieniegdzie pojemników i zasiliłam co najmniej dwie fundacje, zbierające używaną odzież. Synowie Tadeusza nie byliby zainteresowani. To nie spadek liczący się w złotówkach. Stare ciuchy. Nic atrakcyjnego ani wartościowego. Tadeusz miał abnegacki stosunek do ubrania.
Zostały tylko lornetki. Zbierał je, był tym przyrządem zafascynowany. Może jako fizyk, a może ze względu na swoje kłopoty ze wzrokiem. Przekazałam je w ręce Olka.
Teraz książki. Boże, ile tego jest. Wiedziałam, że Tadeusz miał rozległe zainteresowania, że lubił kupować książki, robił to nagminnie. Ale ogrom tego wszystkiego mnie przerasta. Fizyka, matematyka, filozofia, psychologia, mistyka i szereg zwykłych poradników "na każdy ból". Nie zbierał beletrystyki, interesowała go nauka. W ostatnich latach przejmował się informatyką, więc stosy książek o tematyce komputerowej oraz płyty CD i DVD.
Miał potrzebę nieustannego uczenia się. Tradycyjnie. Najpierw teoria - więc książka, czytanie, podkreślanie, robienie notatek na kartkach i karteluszkach, potem ćwiczenie, poznawanie nowych programów i aplikacji, używanie ich. Niestety z upływem czasu stawało się to już tylko jałowym biegiem. Jednak nie rezygnował.
Wcześniej była nauka języków, głównie angielskiego, ale ilość podręczników i wszelkiego autoramentu samouczków znacznie przerosła osiągane efekty. Sam się już w tym gubił. A teraz ja...
Zaproponuję Krzysztofowi, może on coś z tych zbiorów książkowych dla siebie wybierze, on, profesor filozofii, choćby "na pamiątkę". Na przykład trzy tomy "Historii filozofii" Tatarkiewicza. Z ojca podpisem. Zobaczymy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)