I oto wiosną tego roku mamy upalne lato. Na termometrze za oknem 30 stopni C. Uff! Aż się rozmigotały moje przedsionki...
Jechałam autobusem na spotkanie z Magdą i zastanawiałam się, czy wysiąść na pierwszym przystanku i powędrować do szpitala na ostry dyżur, czy jechać dalej.
Zmieniając co chwilę zdanie, dotarłam jednak do otwockiego dworca i rozsiadłam się w kawiarni "Lokomotywa". Za chwilę wpadła Magda.
Jej młodzieńczy entuzjazm zawsze mnie podpiera. Pogadałyśmy całkiem konstruktywnie w temacie "Wiosenne Święto Poezji - IX Turniej Jednego Wiersza. Migotały idee, pomysły i... trochę plotek.
Zrobiłam jeszcze zakupy, do domu wróciłam zmęczona. Coś przegryzłam (Tadeuszowi podałam obiad) i uderzyłam w kimono. Fakt, długo w nocy nie spałam, ale niepokoją mnie te powtarzające się niemal każdego dnia chwile zapadania w śpiączkę.
Zaczynam się zachowywać podobnie jak moja najstarsza, nieżyjąca od roku, siostra. Tak jak ona mam cukrzycę. Ledwie po jakimś posiłku usiadła na fotelu, już za chwilę oczy jej się zamykały, a głowa opadała niemal na kolana. Miewam teraz podobnie. Ona od dawna była na insulinie, ja jeszcze na tabletkach, ale... Coś muszę ze sobą zrobić... Wiem, za mało się ruszam. Heh... Kwadratura koła.
TYLKO TYLE
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
niedziela, 29 kwietnia 2012
TAMTE LATA – TAMTE KLIMATY
Sięgam do starych notatek, zamierzam je
tu zamieszczać. Nie da się zachować chronologii, a także uniknąć powtórzeń, ale muszę je mieć tu razem. Ten
zapis pochodzi z roku dwutysięcznego. Nie żyją już Stach i Janusz. Żyją jeszcze
siostry.
Mój brat
Stanisław, w rodzinie zawsze nazywany Stachem, na emeryturze zajął się malowaniem.
Wiedziałam, że był bardzo zdolny, ale malarstwo? O to go nie podejrzewałam.
Myślałam, że zacznie pisać. Świetny opowiadacz historii. A jednak… Zaczął
malować i wychodziło mu to całkiem dobrze. Kiedyś poprosiłam, by namalował nasz
przedwojenny dom, którego nie dane mi było znać. Żeby odtworzył tamten dom i
jego otoczenie, gdzie upłynęło dzieciństwo mojego starszego rodzeństwa. Dziś ten obraz
wisi u mnie w pokoju. To moje miejsce magiczne.
Do roku 1939 moi bliscy żyli w malowniczej scenerii między jeziorem, nadjeziornym lasem, a
ogrodem i klasztorem bernardynów, z kościołem w tle. Odizolowani po trosze od
pospolitego życia poza murami seminarium. Szkolny teren był ogrodzony solidnym murowanym parkanem. Pokryty białym tynkiem, zwieńczony daszkiem z czerwonych dachówek i bramą prowadzącą do wnętrza stanowił dla mnie tajemniczy świat - po wojnie jako mała dziewczynka odwiedziłam go parę razy.
Przed wojną przyszło tam na świat pięcioro mojego rodzeństwa: najstarsza siostra Władzia urodziła się w 1921 roku, Ira - w 1923, Stach - w 1925, Janusz - w 1928, a Basia - w 1932. To miejsce ukształtowało klimat życia całej rodziny.
Znaczenie miała nie tylko bliskość natury, ale także, a może przede wszystkim środowisko szkoły, która z jednej strony stanowiła podstawę egzystencji, bo dawała pracę - Tatuś był w tej szkole woźnym - z drugiej zaś była oknem na świat. Istotne i znaczące stawało się to, co się w niej działo. Ważni byli związani ze szkołą ludzie. Z tej strony, jak promienie słońca prześwitującego przez gęstwę listowia, docierały odgłosy lepszego świata. Uchylały się drzwi do świata wartości wyższych – wiedzy, nauki i kultury... W naturalny sposób chłonęli to moi rodzice i przesiąkały tym dzieci.
Przed wojną przyszło tam na świat pięcioro mojego rodzeństwa: najstarsza siostra Władzia urodziła się w 1921 roku, Ira - w 1923, Stach - w 1925, Janusz - w 1928, a Basia - w 1932. To miejsce ukształtowało klimat życia całej rodziny.
Znaczenie miała nie tylko bliskość natury, ale także, a może przede wszystkim środowisko szkoły, która z jednej strony stanowiła podstawę egzystencji, bo dawała pracę - Tatuś był w tej szkole woźnym - z drugiej zaś była oknem na świat. Istotne i znaczące stawało się to, co się w niej działo. Ważni byli związani ze szkołą ludzie. Z tej strony, jak promienie słońca prześwitującego przez gęstwę listowia, docierały odgłosy lepszego świata. Uchylały się drzwi do świata wartości wyższych – wiedzy, nauki i kultury... W naturalny sposób chłonęli to moi rodzice i przesiąkały tym dzieci.
Rodzice
posiadali licznych krewnych i przyjaciół, wydaje się jednak, że największy
wpływ wywarły na nich osoby związane z seminarium, a potem powstałym na jego
miejscu gimnazjum. Niektórzy z dyrektorów, profesorowie i ich żony,
przebywający tam czasowo wizytatorzy, a nawet uczniowie - pojedynczo i w
gromadzie.
Dyrektor
Gawędzki i jego żona byli dobrymi ludźmi, z dużą życzliwością odnosili się do
moich rodziców, choć mój ojciec był tylko woźnym. Ponieważ dobrze wypełniał
swoje obowiązki, dostąpił zaszczytu awansu na stanowisko starszego woźnego. Córki
państwa Gawędzkich bawiły się z moimi siostrami, Władzią i Ireną, często
przebywały w naszym domu, a nasza mama się nimi opiekowała. Jedna z nich,
Kalina Gawędzka, to znana dziennikarka, redaktorka pism młodzieżowych i
kobiecych. Druga została wziętym lekarzem, zamieszkała gdzieś zagranicą. Obie, tak jak
moje siostry, to już sędziwe panie. Nie wiem nawet, czy żyją.
Krótko
po wojnie, państwo Gawędzcy odwiedzili moich rodziców w naszym rodzinnym domu w Skępem,
ale było to raczej smutne spotkanie. Mama leżała chora. Rozmowa z gośćmi się
nie kleiła - "Nie wstępuje się dwa razy do tej samej rzeki".
W szczególny
sposób w dziejach rodziny zaznaczyła się Ewa Szelburg-Zarębina, znana pisarka,
autorka książek, głównie dla dzieci. W 1921 roku była matką chrzestną mojej
najstarszej siostry Władzi, wraz ze swoją matką, zresztą. Istnieje taka
rodzinna legenda, że epizod z życia mojej najstarszej siostry Władzi stał się
impulsem pewnego opowiadania. Jego bohaterką była mała dziewczynka z czerwonym
balonikiem, który wyrwał się jej z rąk i uleciał w przestworza. Ewa
Szelburg-Zarębina przez krótki okres mieszkała w Wymyślinie jako żona dyrektora seminarium, pana Ostrowskiego. Ale stało się tak, że
zakochała się w uczniu z ostatniego kursu – Zarembie. Uciekła nim do Warszawy i
wkrótce za niego wyszła. Nasza mamusia była powiernicą zarówno jej tajemnic,
jak i żałosnych skarg porzuconego.
Z
Warszawy do gimnazjum w Wymyślinie jako wizytator szkolny przyjeżdżał pan
Drewnowski. Latem spędzał tu wraz z całą rodziną swój urlop. Z jego synami
bawili się moi bracia i siostry. Dla tej znanej warszawskiej rodziny Wymyślin
był zapewne nic nie znaczącym epizodem, natomiast odcisnęli swój ślad w
historii Warszawy, w historii kraju. Cała rodzina w czasie wojny i okupacji
zamieszana była w działalność konspiracyjną, ich losy potoczyły się tragicznie.
Dziś żyje tylko Tadeusz Drewnowski, ówczesny kompan zabaw moich braci,
szczególnie Stacha, znany obecnie historyk literatury i pisarz, autor m. in.
cenionej biografii K. K. Baczyńskiego "Żołnierz, poeta, czasu
kurz..." i wydawca "Dzienników Marii Dąbrowskiej".
To było
pokolenie Siłaczek i Judymów, ludzi z poczuciem misji. Historyczny fakt. W pierwszych
latach odzyskanej niepodległości polskiej inteligencji przyświecał ten,
zapisany na kartach prozy Żeromskiego, imperatyw – w odległe zakątki
Rzeczypospolitej nieść kaganek oświaty. Skępe i jego okolica, a szczególnie to
miejsce zwane Wymyślinem, było właśnie jednym z takich zakątków. Tak to widzę.
W
seminarium w Wymyślinie uczyli się synowie zamożnych rodzin z okolicy. Dość
wcześnie ktoś (z nauczycieli?) zauważył, że woźny, Władysław Bobrowicz, ma
bardzo zdolne dzieci. Jednakże same zdolności nie gwarantowały wtedy szkolnej
kariery mojego rodzeństwa, potrzebne były pieniądze. Na czesne, na podręczniki
i zeszyty, na buty i szkolne mundurki. Tymczasem dzieci państwa Bobrowiczów dla
oszczędności w ciepłe wiosenne i letnie dni biegały boso. Ale na rodzinnych
zdjęciach moje siostry i bracia prezentują się dobrze. Władzia i Irena -
uczesane w warkocze, ozdobione wstążkami, w kolorowych sukienkach, na nogach mają białe skarpetki i
ładne, zapinane na guziczek, ciemne pantofelki. Na co dzień więc było może
biednie, ale… honorowo.
Później
wybuchła wojna...
sobota, 28 kwietnia 2012
NIE GMERAĆ?
Na kartce z kalendarza myśl Emila Ciorana – „Jeśli chce się
być szczęśliwym, nie wolno gmerać w pamięci”. No, właśnie! Na pewno ma rację. Tymczasem
większość moich wierszy z tego „gmerania” powstała. Chyba zawsze tak ze mną było - szłam przed siebie, patrząc wstecz. Wlokłam
ciężar pamięci.
Kiedyś, w innym jakby życiu, bo w innym blogu, pod wrażeniem książki Anny Janko „Dziewczyna z zapałkami”, w 2007 roku, napisałam tekst „Zapałki”. Dziś wracam do niego i przytaczam tutaj. Bo jest w nim coś, co może zaprzecza myśli Ciorana.
Kiedyś, w innym jakby życiu, bo w innym blogu, pod wrażeniem książki Anny Janko „Dziewczyna z zapałkami”, w 2007 roku, napisałam tekst „Zapałki”. Dziś wracam do niego i przytaczam tutaj. Bo jest w nim coś, co może zaprzecza myśli Ciorana.
„Każdy ma swoje zapałki.
Czasem je zapala, aby w ich świetle zobaczyć… Co? Kogo?
Siebie sprzed lat? Świat, jaki był? Nie wiem.
Może, aby ogrzać się przez chwilę w cieple tego, co było,
albo masochistycznie przywołać to, od czego próbujemy bezskutecznie odwrócić
się plecami, żeby zapomnieć. Bywają gdzieś za nami takie drzwi wciąż
niedomknięte do końca.
A może jest tak, że aby zapomnieć, trzeba to zapisać? W
rzędzie literek zobaczyć, rozpisane na głosy, własne życie. Ułożyć się z nim,
podpisać pakt o nieagresji. I dalej żyć.
Annie Janko się to udało. Czytam właśnie jej „Dziewczynę z
zapałkami”. Stąd te refleksje. Tej książki nie da się pochłonąć jednym haustem.
Czytam ją powoli i odkładam na półkę, by za chwilę znowu do niej powrócić.
W tej czynności czytania jest mnie więcej, niż jedna.
Rozwarstwiam się. Jedna ja zachwyca się formą zapisu, językiem powieści,
odkrywczością, która znajduje niezwykły językowy ekwiwalent dla opisu stanów
uczuciowych bohaterki. Inna ja odnajduje w wielu fragmentach powieści niebezpiecznie
bliskie sobie wątki, czuje ich traumę, kroi na żywo własne tkanki. Jeszcze
inna ja we mnie patrzy na to wszystko, wzdychając - „taką mieć odwagę… tak umieć
pisać…”.
Tak pisać nie umiem, ale czy nie zapalam zapałek? Hmm…Ciągle jeszcze je zapalam, tylko w ich świetle coraz mniej
widzę. Ale to problem z innej półki.
Zastanawiam się, czy przypadkiem nie miałam racji snując przypuszczenie, że „aby zapomnieć, trzeba to zapisać”. Dziś stwierdzam, że tak jest, zdarzenia i obrazy z przeszłości raz zapisane tracą na ostrości, nie wywołują dawnych emocji, przestają uwierać, obojętnieją, odpływają w niebyt.
Zastanawiam się, czy przypadkiem nie miałam racji snując przypuszczenie, że „aby zapomnieć, trzeba to zapisać”. Dziś stwierdzam, że tak jest, zdarzenia i obrazy z przeszłości raz zapisane tracą na ostrości, nie wywołują dawnych emocji, przestają uwierać, obojętnieją, odpływają w niebyt.
środa, 25 kwietnia 2012
wtorek, 17 kwietnia 2012
NO!
Drugi dzień wczesnego wstawania. Może się przyzwyczaję? Nie wiem. Ale zadania przewidziane na dzisiaj zostały wykonane. Na wizytę do przychodni oczywiście taksówką, niezawodnej pani Lucynki. Muszę kiedyś o niej napisać, to fenomen. Ma siedemdziesiąt kilka lat, a jeździ jak „młody bóg”. Talent w genach.
Z jej pomocy korzystam często, jeśli mam gdzieś Tadeusza zawieźć. Czasem z tych naszych Ługów jeździliśmy do miasta autobusem, teraz to już niemożliwe. Tadeusz nie daje rady, mimo że stara się być dzielny.
Decyzja o „nowej” lekarce - ze wszech miar słuszna. Pani doktor okazała się osobą młodą, sympatyczną, jednocześnie uważną i wnikliwą. Będziemy się jej trzymać. Stanu Tadeusza nie zmieniła, tego nie zrobi żadna czarodziejska różdżka, ale do jego problemów podeszła merytorycznie i z sensem. Coś pozytywnego może z tego wyniknie.
Z jej pomocy korzystam często, jeśli mam gdzieś Tadeusza zawieźć. Czasem z tych naszych Ługów jeździliśmy do miasta autobusem, teraz to już niemożliwe. Tadeusz nie daje rady, mimo że stara się być dzielny.
Decyzja o „nowej” lekarce - ze wszech miar słuszna. Pani doktor okazała się osobą młodą, sympatyczną, jednocześnie uważną i wnikliwą. Będziemy się jej trzymać. Stanu Tadeusza nie zmieniła, tego nie zrobi żadna czarodziejska różdżka, ale do jego problemów podeszła merytorycznie i z sensem. Coś pozytywnego może z tego wyniknie.
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
DZIŚ
Wcześnie dziś wstałam. Miałam zadania do wykonania. Po pierwsze i najważniejsze - zapisać siebie i Tadeusza do lekarza. Bo to poniedziałek, a w „mojej” przychodni zapisy odbywają się tylko w poniedziałki. Na wizytę, która mieć będzie miejsce nie wcześniej niż za dwa tygodnie. To już samo w sobie jest koszmarem. A dziś jeszcze się spotęgowało. Dowiedziałam się, że nie ma zapisów, bo za dwa tygodnie wypada… długi weekend, więc i tak nic z tego… Zagotowało się we mnie. Muszę z Tadeuszem być u lekarza koniecznie. Dusi się coraz bardziej. Jestem bezradna. Ten wysięk w płucach pewnie się powiększył.
Na szczęście jedna z recepcjonistek spojrzała na mnie i z otwartym zeszytem w ręku zapytała – A może zapisać państwa do nowej pani doktor? Ja na to – A na kiedy? – Na jutro. – Oczywiście, proszę zapisać. Już wszystko było mi jedno do kogo.
W ten sposób zmieniamy już kolejną lekarkę „pierwszego kontaktu”. Tej „nowej” nie znam zupełnie.
Kiedy ta „moja” przychodnia powstawała, jako prywatna, ale na umowie z NFZ, a my decydowaliśmy się do niej przenieść, było idealnie. Wszystko można było załatwić z marszu, na telefon. Więc pacjenci zapisywali się tu gremialnie, dodatkowo sprzyjało temu położenie w centrum miasta. Ale… Im więcej nas było, tym bardziej organizacja przychodni stawała się niewydolna. Znów trzeba było czatować, wstawać skoro świt, trafiać we właściwy dzień, by zapisać się na wizytę. Telefonicznie, owszem niby można, ale to tylko teoria. Zrealizować trudno. Poza tym ciasnota wąskiego korytarzyka i kłębiący się w nim tłum przyprawia o klaustrofobię.
Niemniej pierwsze zadanie wykonałam. Następne też – wyjaśniłam w spółdzielni mieszkaniowej problem jakiejś naszej zaległości. Wszystko już wyprostowane.
W domu wyjątkowo urywał się do mnie telefon. To Beata S. Boryka się wciąż z papierami po nieistniejącym już stowarzyszeniu. Próbuje go formalnie rozwiązać. Musimy w końcu się jakoś z tego wywikłać.
Na szczęście jedna z recepcjonistek spojrzała na mnie i z otwartym zeszytem w ręku zapytała – A może zapisać państwa do nowej pani doktor? Ja na to – A na kiedy? – Na jutro. – Oczywiście, proszę zapisać. Już wszystko było mi jedno do kogo.
W ten sposób zmieniamy już kolejną lekarkę „pierwszego kontaktu”. Tej „nowej” nie znam zupełnie.
Kiedy ta „moja” przychodnia powstawała, jako prywatna, ale na umowie z NFZ, a my decydowaliśmy się do niej przenieść, było idealnie. Wszystko można było załatwić z marszu, na telefon. Więc pacjenci zapisywali się tu gremialnie, dodatkowo sprzyjało temu położenie w centrum miasta. Ale… Im więcej nas było, tym bardziej organizacja przychodni stawała się niewydolna. Znów trzeba było czatować, wstawać skoro świt, trafiać we właściwy dzień, by zapisać się na wizytę. Telefonicznie, owszem niby można, ale to tylko teoria. Zrealizować trudno. Poza tym ciasnota wąskiego korytarzyka i kłębiący się w nim tłum przyprawia o klaustrofobię.
Niemniej pierwsze zadanie wykonałam. Następne też – wyjaśniłam w spółdzielni mieszkaniowej problem jakiejś naszej zaległości. Wszystko już wyprostowane.
W domu wyjątkowo urywał się do mnie telefon. To Beata S. Boryka się wciąż z papierami po nieistniejącym już stowarzyszeniu. Próbuje go formalnie rozwiązać. Musimy w końcu się jakoś z tego wywikłać.
niedziela, 15 kwietnia 2012
EWA
Wczoraj wieczorem telefon. Aż dziw, że od razu rozpoznałam głos. To Dusia, koleżanka z ogólniaka. Myślałam - pewnie znów szykują zjazd koleżeński, chce mnie zawiadomić. Tymczasem... Tak, zawiadomić, ale... o śmierci Ewy P. To cios. Przecież miałam do niej zadzwonić. Miałam. Tak to zwykle bywa. Były święta, niby powinnam, ale się bałam. Bo na dłuższy czas zapadło między nami milczenie. Przed tym było raczej optymistycznie - wyszła z choroby, to był rak piersi, i - jak sama mówiła - aż się dziwi, że tak dobrze się czuje. Potem jednak historia z jej bratem, znanym aktorem. On swojej choroby nowotworowej nie przeżył. Ale dzwoniła do mnie jeszcze, rozmawiałyśmy.
Dusia opowiedziała mi wszystko ze szczegółami. Zawsze była elokwentna i wylewna. Niektórzy tak mają. Ja tak nie potrafię. Była świadoma tego, że na pogrzeb nie dojadę, ale zostawiła mi prośbę, bym - tak jak na pożegnanie naszej Wychowawczyni - napisała jakieś pożegnalne słowa, a ona je odczyta. To, co wysłałam im wtedy, bardzo się podobało. Hmm... Robię specjalizację? Nie chcę! Nie potrafię! Ale Duśce trudno odmówić, nie sposób uciec przed jej prośbami. Pełna wątpliwości i niewiary w siebie, obiecałam w końcu, że spróbuję. Gotowy tekst zaraz wysłałam mailem, zasugerowałam jednocześnie możliwość zmian, gdyby ona i koledzy widzieli taką potrzebę. Bo ja, myśląc o Ewie z oddali, napisałam głównie w swoim imieniu. Oni - żartobliwie zwany "komitet organizacyjny" - w ostatnich latach byli bliżej siebie, stanowili grupę, spotykali się częściej.
Dusia opowiedziała mi wszystko ze szczegółami. Zawsze była elokwentna i wylewna. Niektórzy tak mają. Ja tak nie potrafię. Była świadoma tego, że na pogrzeb nie dojadę, ale zostawiła mi prośbę, bym - tak jak na pożegnanie naszej Wychowawczyni - napisała jakieś pożegnalne słowa, a ona je odczyta. To, co wysłałam im wtedy, bardzo się podobało. Hmm... Robię specjalizację? Nie chcę! Nie potrafię! Ale Duśce trudno odmówić, nie sposób uciec przed jej prośbami. Pełna wątpliwości i niewiary w siebie, obiecałam w końcu, że spróbuję. Gotowy tekst zaraz wysłałam mailem, zasugerowałam jednocześnie możliwość zmian, gdyby ona i koledzy widzieli taką potrzebę. Bo ja, myśląc o Ewie z oddali, napisałam głównie w swoim imieniu. Oni - żartobliwie zwany "komitet organizacyjny" - w ostatnich latach byli bliżej siebie, stanowili grupę, spotykali się częściej.
Ewo, Przyjaciółko! Nie wierzę, że Ciebie nie ma. To nie tak miało być. Miałam przecież do Ciebie zadzwonić. I to ja w Twoim serdecznym głosie i radosnym śmiechu szukać miałam pocieszenia dla siebie. Bo tak było zawsze – to Ty wspierałaś nas swoją energią i pogodą ducha, a my podziwiałyśmy Cię za Twoją dzielność. Z Tobą łatwiej było odganiać smutki z czoła i wierzyć, że przed nami jeszcze wiele jasnych dni. Że mamy tyle jeszcze słów do powiedzenia, sobie i swoim bliskim, tyle gór do zdobycia.
Poznałyśmy się w szkolnych murach Liceum im. Adama Mickiewicza. Wyróżniałaś się urodą i pięknym warkoczem jasnych włosów. Wodzili za Tobą oczami nie tylko chłopcy, także my, dziewczyny, z zazdrością. Miałaś w sobie charyzmę. Świeciłaś. Na naszym pierwszym obozie odrodzonego harcerstwa, nad jeziorem Dobre, byłaś nam zastępową. Niepoważną wybrałyśmy sobie wtedy nazwę „Sroczki”, ale Ty – pracowita i ambitna – jak najpoważniejszą byłaś harcerką, już wtedy zdobywałaś swoje szczyty.
Po latach, gdy dawno już opuściliśmy szkolne mury i każdy po swojemu przebijał się przez życie, byłaś nicią, która wiązała nas – grono koleżanek i kolegów rocznika 1942 – w ciepły splot przyjaznych dusz. Byłaś wspaniałą inspiratorką koleżeńskich spotkań. Umiałaś przekonywać, że trzeba, że warto. I organizatorką wspólnych wypraw do naszej wychowawczyni, Marysieńki. Łączyły nas piękne wspomnienia.
Ewo, na uroczystość Twoich Urodzin przygotowywaliśmy dla Ciebie żartobliwe przedstawienie. Ty miałaś być w nim Rzepką. Tą, która nie da się nigdy wyrwać z życia. Niestety, nie udało się. Odeszłaś za wcześnie. Żegnamy Cię z bólem, łącząc się nim z Twoimi Bliskimi. Żegnamy Cię także z wiarą, że tam, dokąd zmierzasz, wszystko zostanie Ci wynagrodzone. Spoczywaj w pokoju!
Poznałyśmy się w szkolnych murach Liceum im. Adama Mickiewicza. Wyróżniałaś się urodą i pięknym warkoczem jasnych włosów. Wodzili za Tobą oczami nie tylko chłopcy, także my, dziewczyny, z zazdrością. Miałaś w sobie charyzmę. Świeciłaś. Na naszym pierwszym obozie odrodzonego harcerstwa, nad jeziorem Dobre, byłaś nam zastępową. Niepoważną wybrałyśmy sobie wtedy nazwę „Sroczki”, ale Ty – pracowita i ambitna – jak najpoważniejszą byłaś harcerką, już wtedy zdobywałaś swoje szczyty.
Po latach, gdy dawno już opuściliśmy szkolne mury i każdy po swojemu przebijał się przez życie, byłaś nicią, która wiązała nas – grono koleżanek i kolegów rocznika 1942 – w ciepły splot przyjaznych dusz. Byłaś wspaniałą inspiratorką koleżeńskich spotkań. Umiałaś przekonywać, że trzeba, że warto. I organizatorką wspólnych wypraw do naszej wychowawczyni, Marysieńki. Łączyły nas piękne wspomnienia.
Ewo, na uroczystość Twoich Urodzin przygotowywaliśmy dla Ciebie żartobliwe przedstawienie. Ty miałaś być w nim Rzepką. Tą, która nie da się nigdy wyrwać z życia. Niestety, nie udało się. Odeszłaś za wcześnie. Żegnamy Cię z bólem, łącząc się nim z Twoimi Bliskimi. Żegnamy Cię także z wiarą, że tam, dokąd zmierzasz, wszystko zostanie Ci wynagrodzone. Spoczywaj w pokoju!
Subskrybuj:
Posty (Atom)