TYLKO TYLE

wtorek, 3 kwietnia 2012

SPADKOBIERCY

Muszę przeczytać książkę Haui Hart Hemmings "Spadkobiercy". Jest podobno jeszcze lepsza niż film. Mówi mi o tym już druga osoba. Jestem właśnie po przeczytaniu sugestii czytelniczych Marcina Mellera w "Newsweeku". Przekonywająca rekomendacja. Ten obraz rodziny w stanie kryzysu, przedstawiony jest po mistrzowsku przez młodą (koło trzydziestki) autorkę, to tym bardziej budzi chęć sięgnięcia po książkę. Z kina, po seansie "Spadkobierców", wyszłam pokrzepiona. Każdą trudną sytuację życiową można przejść z godnością.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

SŁOŃCE I WIATR


Świeci słońce, ale jest zimno. Widzę, jak brzozy za moim oknem gną się w podmuchach potężnego wiatru, w jedną i drugą stronę. Kłaniają się ziemi. Są młode, wyrosły na moich oczach. Gdy tu zamieszkaliśmy, miałam przed oczyma piaszczystą przestrzeń i zielone chaszcze. To było… ojej, już dwadzieścia lat temu…
Wczoraj był 1 kwietnia, nie napisałam nic. I wcale nie z powodu Prima Aprilis. Taki to był dzień. Statyczny. Nie – stateczny ani statystyczny (choć… może, bo jak wiele innych moich dni), tylko… nieruchawy. Bardziej elegancko nazywam to – jestem mało mobilna.
Rozwiązywałam krzyżówki i czytałam. Mam nowe kryminały. W sobotę byłam bowiem w Warszawie. Wybrałyśmy się z moją znajomą do kina. Po drodze do niej, zahaczyłam o Arkadę (pod Mostem Poniatowskiego), gdzie w koszu z tańszymi książkami wyszukałam dwie pozycje „matki i ojca skandynawskiej literatury kryminalnej”, czyli Maj Sjowall i Per Wahloo. Wróciłam do ulubionego gatunku. Znów połykam jedną książkę za drugą.
Ale, byłam też w kinie, na dobrym filmie „Spadkobiercy”. George Clooney w nietypowej dla siebie roli, ale jak świetnie zagranej!  Dzień był więc udany. Niedziela taka sobie.
Jej zakończenie jak zwykle przy komputerze w oczekiwaniu na wyniki Subiektywnej Listy Przebojów Poezji Współczesnej. Nie trafiłam ze swoimi typami, ale tak zwykle bywa. W Subiektywnej Grupie jest nas dużo i mamy „subiektywne” spojrzenia na prezentowaną w kolejnych paczkach, zestawianych przez Piotra, poezję.
Dziś prześledziłam już nową paczkę i wysłałam do Piotra swój ranking. Lubię tę zabawę. Pozwala mi uczestniczyć…

sobota, 31 marca 2012

SPOTKANIA PO LATACH - wiersze

Wiersze powstają pod ciśnieniem emocji. Tak jest zawsze. A emocje bywają różne, bo różne są ich źródła. Byłam kiedyś uczennicą liceum w Gdyni. Ten czas pozostał wspomnieniem. Dobrym. Mimo że pod skrzydłami mojej siostry najstarszej nie było mi łatwo. O niej i naszych relacjach nie umiem napisać. Były toksyczne. Co innego szkolny świat. Ale... Zaraz po maturze wyjechałam z Gdyni. Koleżeńskie więzi się porwały, pochłonęło nas życie. Po wielu latach w gronie tych, co pozostali na miejscu, urodził się i zaczął działać komitet organizacyjny koleżeńskich spotkań. Pierwszy raz zobaczyliśmy się wszyscy, no... prawie wszyscy po 26 latach. Oni... W ciągu minionego czasu spotykali się w sposób naturalny. Życie większości toczyło się, jeśli nie w Gdyni, to na Wybrzeżu. Byli blisko, pod ręką. Ja oddalona, żyłam wspomnieniami. Udało mi się być na kilku kolejnych spotkaniach, nie na wszystkich, niestety... Przeżywane emocje spróbowałam zawrzeć w wierszach. Pisałam je będąc w różnych nastrojach, mieszały się we mnie sentymentalny liryzm i ironiczny sarkazm. Wyszło, jak wyszło...

Tyle lat minęło

wychyleni ku sobie
ze swoich światów równoległych
na jedną chwilę wstępujemy
do Heraklitowej rzeki
pieszcząc złudną nadzieję
że nic się nie zmieniło
a my wciąż piękni dwudziestoletni

fleszem spojrzeń niedowierzająco
omiatamy wzajem swoje twarze
wciągamy jak banderę uśmiech
maskujący kod sygnałowy
i reanimujemy wiarę
że tworzymy wspólnotę
bo chodziliśmy do tej samej budy

stado ptaków przelotnych
dziobiemy pospołu
pokruszony chleb wspomnień

2005

Co ja tu robię

osaczona rozgwiazdami uśmiechów
stawiam ostrożne kroki
wśród gorączkowych powitań

kaskadami spływają słowa
a wpatrzone w siebie źrenice
lśnią odkurzoną młodością

w dodekafonii dźwięków
i przestrzeni ruchomych obrazów
krzyżują się sygnały

ja – brzoza radiotelegrafistka
odbieram i wysyłam odpowiedzi

obrzeżami myśli przemyka cień smutku
co ja tu robię skoro jego nie ma

nieśpiesznie zrzucam skórę
kibica – outsidera

wtopiona w tło
tkam wraz z innymi materię wspomnień
kolorowy patchwork

gorliwe potwierdzenie
że byliśmy

2005

Sabat czarownic

spotkałyśmy się
choć los rzucił nas w cztery strony świata
wędrujemy teraz pętlą czasu
tam i z powrotem

słowa jak serie z szybkostrzelnych dział
rozpryskują się między nami
zapadają w krótkie chwile ciszy
sączymy wino śmiech i łzy na przemian

chłoniemy przyśpieszony kurs historii tyle się zdarzyło
chwile szczęścia i traumy losu narodziny i śmierci
dorosłe dzieci i wnuki
i mężczyźni

ach ci mężczyźni tacy wspaniali i tacy nieudani
miłość i samotność
i znowu łzy
każda płacze do swego lustra

a potem znowu śmiech
tamte wagary – pamiętasz
chcesz dam ci przepis na śledzie
pod pierzynką

czas zatoczył pętlę
znów mamy niegdysiejsze naście lat
a ciemne warkocze zmagają się
z dzisiejszą siwizną

za rok znów musimy się spotkać
przyrzekamy solennie

i każda wraca
w swoje koleiny

2008

piątek, 30 marca 2012

ICH DWOJE



***
Co dzień
toczą swoje małe potyczki
ze wskazówkami zegara
lecz ich życie to czas miniony
nieistniejący

długo zatrzymują wzrok
patrząc wstecz
i drepczą w miejscu

mówią sobie
jeszcze tylko kawałek

***
Idą przez park
swym codziennym szlakiem
i patrzą

przymglone zaćmą oczy jeszcze widzą
jak w ślad za słońcem
po zielonej trawie
rozchodzi się rozchodnik

przenikliwy zapach kwitnących akacji
przywołuje tamte czerwce

dłoń szuka dłoni
jak kiedyś

***
Jak z balkonu z okna autobusu
na przystanku spojrzenie i uśmiech
sfruwają do rycerza w siwej zbroi

spod gołębiej przyłbicy rozbłyskują oczy
gęstnieje sieć zmarszczek
jak odbita w wodzie

do zakurzonej szyby przykładają dłonie
tajemny ambigram w geście pożegnania

jakby ktoś jechał na wojnę
tymczasem wróci
już za chwilę
z torbą pełną jabłek

dwoje starych ludzi
w drodze

***
Czasem przystają
i zapominają czas

jego śmiech znów brzmi
tak młodo
ona rozplata warkocze

w lustrach swych oczu
widzą siebie sprzed lat
wirujących w tańcu
na zielonej łące

ciepło dłoni wygładza zmarszczki
palce łagodnie rzeźbią
zapamiętane kształty

taka byłaś taki jesteś
smakują zatrzymaną chwilę
Romeo i Julia bez-wieczni

BYŁ CZAS

Był czas, gdy odwiedzałam Łomianki. A wcale mi do nich nie tak blisko. Tam, w Domu Kultury na ulicy Wiejskiej, brałam udział w warsztatach literackich. Poznałam grono osób, z którymi nadal utrzymuję przyjacielskie kontakty. Brałam także udział w Turnieju Jednego Wiersza. Raz nawet udało mi się być jego laureatką. W 2006 roku, jesienią, podczas III Łomiankowskiego Turnieju Jednego Wiersza prezentowałam swój tekst „Ich dwoje”. Jury, któremu przewodniczył wtedy Aleksander Nawrocki, przyznało mi pierwszą nagrodę. Nie powiem, było miło. Tym bardziej, że wraz ze mną wyróżnieni zostali także Ewa Beata Mościcka i Jacek Rostocki. 
Czas mijał. Grupa uczestnicząca w warsztatach, a potem także w zmaganiach turniejowych, powoli się rozpłynęła.Każdy powrócił do swego świata. Później, spotykaliśmy się parę razy, żeby sobie pogadać. Ale to wszystko. Tylko z Ewą i Jackiem zrealizowałam jeszcze projekty spotkań autorskich – w Aninie, w Bibliotece na Trawiastej, w Warszawie w kawiarni „ONA”, a także z dziećmi w Centrum Zdrowia Dziecka i młodzieżą w Ośrodku „Helenów”.
Był czas… który minął.


czwartek, 29 marca 2012

KRYMINAŁY, KRYMINAŁY

Czytałam je pasjami. Od dawna. Pożerałam wprost. Swego czasu – w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – ukazywały się z rzadka. Wydawnictwa, na przykład Iskry i Czytelnik, miały swoje  kryminalne serie wydawnicze. Trawiła mnie gorączka oczekiwania, kiedy rzucą na lady księgarń coś nowego i zobaczę charakterystyczne okładki – czarną ze znakiem Srebrnego Klucza albo pomarańczowo-barwną  z sylwetką Jamnika. Kupowałam, czytałam, potem odnosiłam do antykwariatu. Książki Agaty Christie i innych zachodnich autorów były rzadkością. W okresach posuchy łykałam nawet seryjne opowiadania polskich autorów, z milicją obywatelską w tle. Wydawane cyklicznie w postaci zeszytów w niebieskich okładkach, z hasłem „07 zgłoś się”, i sprzedawane w kioskach Ruchu. Ja się zgłaszałam. Biegałam też po warszawskich antykwariatach, aby te lepsze tytuły zdobyć „z odzysku”. Dawnych albo przegapionych wydań wypatrywałam na pchlich targach. I czasem się udawało. 
Czytając dla rozrywki, wspinałam się na kolejne szczeble wtajemniczenia. Pierwszy był Conan Doyle z jego Sherlockiem Holmesem, jeszcze w liceum. Potem nadszedł czas Agaty Christie. Ale zainteresowanie dla fabuły obfitującej w tajemnice istniało we mnie od dziecka. Zresztą, wtedy każda książka była tajemnicą, odkrywała przede mną swój świat, czasem bliski i znany, innym razem daleki, egzotyczny, fascynujący.   
W jakimś momencie Agata Christie zdawała mi się "trącić myszką", więc rzucałam się na innych autorów. Nastał czas Simenona z jego Maigretem. Potem „czarny” kryminał spod znaku Raymonda Chandlera i Dashiella Hammeta. Klasyczny kryminał noir. Pojawił się też sensacyjno-przygodowy i szpiegowski Alistair Mc Lean. Z pewnym zainteresowaniem czytywałam jeszcze Forsytha. Aż wszystko zaczęło się zmieniać. Rynek wydawniczy się otworzył. Nastąpił zalew literatury sensacyjnej wszelkiego autoramentu. Sama też ulegałam zmianie. Wszystkiego było za dużo, agresywnie biło w oczy jaskrawymi okładkami. Odrzuciło mnie. Zalewająca księgarnie nowa sensacja zdawała się przerastać moje zdolności percepcyjne. A może bardziej pochłaniała mnie wtedy praca? Poza kryminałami czytywałam przecież wiele innych rzeczy. Nie tylko literaturę piękną, także zawodową. Niekiedy sama pisywałam artykuły do pism pedagogicznych. 
Dla relaksu wracałam jednak znów do znanej, eleganckiej i... bezpiecznej Agaty Christie. Kompletowałam jej dorobek, książki stoją wciąż na półce. Łącznie z autobiografią. Urodziłyśmy się w tym samym dniu, tylko lata nas dzielą. No, i środowisko, w jakim wzrastałyśmy. Może dlatego ją lubię, czuję wręcz duchowe z nią pokrewieństwo. Odświeżałam sobie znane tytuły i czytałam te książki, do których wcześniej nie miałam dostępu. W końcu pochłonęłam całą Agatę i... wzięłam rozbrat z literaturą kryminalną.
Nagle, po latach, znów odkryłam coś „kryminalnego” dla siebie. Stieg Larsson i jego trylogia Millenium, to było coś! Fascynujący bohaterowie, autentyzm tła społeczno-obyczajowego i zbrodnie mrożące krew w żyłach. Idąc dalej za ciosem weszłam ponownie w świat kryminału, tym razem szwedzkiego. I tak przerobiłam całego Henniga Mankella. Przeczytałam serię z detektywem Wallanderem. I nie tylko. Zachwyciłam się postacią Wallandera, niemal się z nim identyfikuję. Ostatnio zaś wraz z Donną Leon poznaję tajemnice Wenecji. Jednak jestem "kryminalistką".

środa, 28 marca 2012

GENIUSZ - teraz wiersz

Po niedawnym żartobliwym opowiadaniu teraz wiersz. Pod tym samym tytułem "Geniusz"

pojawił się znienacka
choć to nie była karczma Rzym
mój geniusz

spełnię każde twoje życzenie
szepnął
tylko poproś

chcę być 
powiedziałam sącząc ostatnią kroplę wina
tak chcę być 
piękna i młoda

spojrzał na mnie 
otaksował wzrokiem
trochę zdziwionym i westchnął

a mnie nagle ścisnęło coś
chyba w żołądku
a w głowie zawirowało
i przez chwilę jakby mnie
nie było

z niebytu wydobył mnie
czyjś chrapliwy głos
no jesteś
odezwał się ten geniusz

zawsze już będziesz
piękna i młoda
patrz

dotknęłam swojej twarzy
była dziwnie gładka
i chłodna

a po drugiej stronie lustra
ujrzałam ją
lalkę barbie